Trochę mnie.

Moje zdjęcie
Nie wierzę w spadające gwiazdy. Ale wierzę w grosik wrzucony w fontannę. Czemu tak? Bo w życiu nic za darmo. https://www.facebook.com/sniez666

sobota, 13 lipca 2024

Wesele

 Kto by pomyślał, że 11 lat to wciąż niewystarczająco, by rany się zabliźniły. Pozwól, że coś Ci wytłumaczę. 

Moment, w którym tracisz bliskiego Ci człowieka, nie jest momentem, w którym… go tracisz, ale momentem, w którym zaczyna Ci go brakować. 

Jak na całkiem niezłej imprezie weselnej, na której nie ma tej jednej osoby, bo akurat się rozchorowała. Rozpoczęcie ceremonii trwa rok. Przez ten rok, starasz się wyszukać w tłumie tej nieobecnej osoby. Rozglądasz się, obracasz, chcesz zapytać, czy też czuje te emocje, to „napięcie”, narasta panika, bo jednak nigdzie nie dostrzegasz tej twarzy. Po rozpoczęciu, następuje przejście na salę. Niby już wiesz, że tej osoby nie ma, wytrwałeś całą ceremonię upewniając się, że nie ma bata by się pojawiła. Ale masz nadzieję, że zaraz wjedzie z przytupem na salę, mówiąc, że już jest wszystko okej, już czuję się dobrze i ty też się tak poczujesz. Świadomość mówi co innego, ale nie chcesz tego faktu dopuścić. Impreza trwa w najlepsze, zerkasz na ludzi bawiących się, ale nie za bardzo chcesz w tym uczestniczyć. No jasne, że dasz się wyrwać do jakiegoś tańca, nie chcesz przecież wyjść na buca. Czasem się zapominasz i jest to zabawa pełną parą. Później nadchodzi czas na tort. Patrzysz na ten majstersztyk, a na nim masą cukrową napisane jego imię, i taka niemoc Cię ogarnia, bo chcesz, by ta osoba też to zobaczyła. I żal Cię ściska, bo tego też nie zobaczy. I nic więcej, nic dalej też. Żadnych oczepin, wspólnych zdjęć, konkursów. Niczego z tej imprezy już nie zobaczy. 

I tak trwa to wesele, już 11 lat, a ile w tym weselu wesołości, to Ci nie powiem, bo zamiast wagi jubilerskiej, mam tą zwykłą. 

I broń Bogowie, nie chce, by to wesele się skończyło, ale chciałabym zapomnieć o braku Twojej obecności. Nie o Tobie, ale o braku Ciebie. 

Toast.

Za tych, których już nie ma. 

I (choć nigdy nie powiesz tego głośno) już nigdy nie będzie. 

wtorek, 13 lutego 2024

Kiedy liście okryją śnieg.

 Widzę jak na dłoni, bo na dłoni je trzymam, dwie wersje życia.

Patrzę na lewą dłoń, uśmiecham się serdecznie. Patrzę na płatek śniegu. Widzę, jak w niego wpisana jest beztroska. Swoboda. Czytam na nim o niepohamowanym śmiechu, o spokojnej głowie, o myślach, które tylko tu i tylko teraz. 

I w tym płatku śniegu wpisane jest lato. Ta nostalgiczna chwila nad jeziorem, kiedy drzewa spokojnie poruszają się do wiatru, woda lekko trąca pomost, a na jej tafli odbija się ta jedna chmura. I baza na starej brzozie. I ukradzione jabłka. I podróż rowerem o czwartej nad ranem, powrót w ukropie w samo południe, bańki puszczane na przejedzie kolejowym.

Patrzę na dłoń prawą, lekko unoszę jedną brew, głowę przechylam na bok. Patrzę na nieco zwiędły liść. Widzę jak wypisany na nim jest strach. Wieczny lęk. Czytam na nim o powracającej panice, o głowie pełnej złych scenariuszy wraz z apteczką ratunkową na nagle się ich spełnienie.

I w tym liściu wpisana jest zima. Ta zima, kiedy lód stopnieje, pojawia się deszcz zalewający piwnicę. Kiedy jesteś zły na słońce, że nie zostało dłużej. Kiedy siedzisz na peronie i nie masz odwagi wsiąść do pociągu. Kiedy uświadamiasz sobie, że nie pamiętasz nic z ostatnich miesięcy. Kiedy uciekasz w książki, żeby nie być tu i teraz, bo tu i teraz dobrze nie jest.

Przeklinam prawą rękę, że miała czelność kiedykolwiek się wyłonić zza pleców. I lewą rękę też przeklinam, że miała czelność pokazać mi swoje dobro. Trzeciej dłoni nie mam. Wyciągniesz do mnie swoją?

czwartek, 6 stycznia 2022

Umbrella

 Nie mam pojęcia koedy to wszystko się tak spierdoliło. Ja się spierdoliłam - do mojej głowy znów przychodzą nieproszone myśli, myśli, których nie mogę zatrzymać, czarne jak noc, gdy nie widać księżyca. Ponad siedem miesięcy próbowałam walczyć z tym sama, ale z dnia na dzień, zamiast poprawy czy utrzymania tego stanu było coraz gorzej. Ten potworny strach sparaliżował mnie do cna. Przestały pomagać litry melisy, próby wyciszenia, odwracanie myśli. Jedna strona mózgu krzyczała „nie myśl!” A druga szyderczo się śmiała podając mi na tacy coraz to gorsze scenariusze. Choroby, które międzyczasie mnie dopadły pogrążyły mnie, zamknęły w domu na długi czas. Znów zaczęłam bać się wychodzić z domu, bałam się śmiać i bałam się jeść. Kilogramy, które nazbierałam w ciągu ostatnich 18 miesięcy zniknęły w 4 tygodnie. Poczułam taka bezsilność, jakiej jeszcze nigdy nie czułam. 

Z drugiej strony, bo medal zawsze ma je dwie, czułam tez niesamowita sile, która podtrzymywała mnie przez ten cały czas. Macierzyństwo potrafi zabrać ci resztki siły, ale z drugiej strony dostajesz takiej odwagi, jakiej jeszcze w życiu nie miałaś. To chyba mój przepis na życie. Te dzieciaki i ich ojciec, którego kocham jeszcze bardziej, który patrzy i wspiera mnie w walce z moimi własnymi demonami.

When the sun shines, we'll shine together 
Told you I'll be here forever
Said I'll always be your friend
Now that it's raining more than ever
Know that we'll still have each other
You can stand under my umbrella
Took an oath, I'ma stick it out 'til the end

sobota, 10 kwietnia 2021

Szpakowa konstrukcja domu

 To już rok, odkąd ostatni raz pisałam. Czy się starzeje? Poniekąd. Czy moje życie po raz kolejny zmieniło się o 180 stopni? Oczywiście. Ani się obejrzałam, a mam męża, dwójkę dzieci, za moment działka, potem własny dom. 

Ale oglądając się za siebie widzę, ze mija trzeci rok, odkąd mieszkamy za granica. Trzeci rok, gdy powrót do domu trwa 12h. Trzeci rok, kiedy jedna strona wywołuje uśmiech, a druga łzy... 

i myśląc o tym, o tym co usłyszałam, gdy wyjechaliśmy, myśle, ze zaskakująco duża liczba osób się myli. „Zobaczysz, za rok przestaniesz tęsknić. Zobaczysz za dwa już nie będzie chciało Ci się wracać”. Mija trzeci rok, ten rok w którym postanowiliśmy, ze to jest ten moment w którym wracamy. I to nie dlatego, ze mamy pełne kieszenie, a dlatego, ze tr odjazdy sprawiają niewyobrazalny ból. Mówią wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, ale my, dom traktuje u miejsce, gdzie nasi. I w tym momencie dochodzę do wniosku, ze tęsknić przestają ludzie, na których nikt nie czeka, którzy tak właściwie nie maja już do kogo i po co wracać. 

Na nas czekają. I my nie możemy się doczekać.

sobota, 21 marca 2020

Złap oddech, by go wstrzymać

Telewizja huczy. Gazety huczą. Radio huczy i portale społecznościowe także. I przychodzi ten moment, ta chwila zlokalizowana (jakżeby inaczej) w godzinach nocnych, kiedy poddajesz się temu hukowi. Jesteś otwarta na każdą negatywna informacje i chłoniesz ją każdym porem swego ciała. Macierzyństwo nie tylko nauczyło Cię cierpliwości, ale rozmiękczyło serce do końca. I możesz się śmiać, uśmiechać, przymykać oko, nie wierzyć i nie-dowierzać, ale przychodzi ta cisza w eterze, która kumuluje ten natłok informacji formując je pocisk i w Tobie wybucha. Nie śmiejesz się już. Jak z karabinu automatycznego jedna zła myśl, goni drugą. A co jeśli to faktycznie spisek? Jeśli to wszystko jest celowe? To się nie może tak skończyć, on świata nie poznał, życia mu nie pokazałam, odwołajcie to, powiedzcie, ze to żart, proszę Cię, Ty Energio daj mi sile, której o tej godzinie potrzebuje najbardziej. Już nigdy nie będzie tu chodzić o Ciebie i nikomu nie masz tego za złe, wręcz dziękujesz losowi za jego wybory. Próbujesz myśleć o niczym, „nie myśl, nie myśl, śpi już, głupi mózgu zamilcz wreszcie, błagam”, ale im bardziej się starasz, tym gorzej to wychodzi. Już nie wiesz która godzina, który to dzień ukrywania się przed światem, dasz prawie wszystko, żeby to się skończyło.

I obudziłeś się. Właściwie to on Cie obudził. Lekko marszczy nos, jeszcze przez pięć minut wtula się w Ciebie, zanim upomni się, ze całą noc nie jadł.

Jak dobrze, ze znowu jest dzień.

środa, 16 października 2019

Miód pod dostatkiem.

Pół roku.
Prawie pół roku minęło od pobudki o 4 nad ranem, od ostatniego prysznica w dwupaku, od tych bolesnych skurczy, od jego pierwszego krzyku. Pół roku od potoku szczęścia, który płynie do tej pory i będzie płynąc, póki wiem, ze go mam. I to nie tak, ze łatwo przyszło, bo musieliśmy się siebie nauczyć, bo uczymy się siebie dalej. Ale odkąd Go mam, odkąd jest przy mnie, to tak jakby świat przestał istnieć i zaczął istnieć bardziej. Jednocześnie wszystko przestaje mieć znaczenie i zaczyna mieć niewyobrażalną wartość. Uczy mnie ten mały człowiek przesiewania sensu od bezsensu. Był tym, czego w tym momencie życia potrzebowałam. Moim kurhanem, moim drogowskazem, moja ścieżka. Mam mu tyle do powiedzenia i nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie zrozumie, jak bardzo uczynił mój świat lepszym.
Odnalazłam swoje gniazdo.
Zaznałam swojego gniazda.
I dokądkolwiek pójdę, poniosę ze sobą jego pierwszy krzyk.

sobota, 9 marca 2019

TheRabbit.

Nie owijając w bawełnę, choć ostatnio to pożądany przeze mnie materiał, z pisaniem jest jak z piciem i chyba nie ma w tym porównaniu wyjątków. Piszesz, jak coś się dzieje, piszesz jak nie dzieje się nic, albo piszesz, żeby coś dziać się zaczęło. A jak jesteś w ciąży, to nie pijesz. Przepraszam - nie piszesz. Wróć, co?
Jak dziś pamiętam ten post i to uczucie, które mówiło mi, że czas stać się ludzkim inkubatorem - tak to wtedy określiłam. Jakiś czas, podczas różnego rodzaju perturbacji życiowych, to uczucie było wygaszone, potem wróciło na okres jesieni i spieprzyło gdzieś. Spieprzyło, bo gdzieś tam mój organizm podświadomie wysłał do mózgu impuls - STAŁO SIĘ.
Sama nie wiem, w jaki sposób to działa, że moment, w którym się o tym dowiedziałam, ten fioletowy podlany moczem patyczek, wywołał u mnie lawinę wymiotów i potok płaczu. Nie, w moim przypadku nie było to szczęście, bo nie oszukujmy się - szczęście to ostatnie, co mi do głowy przychodzi. To był płacz wywołany poczuciem beznadziejności - ale jak to, przecież jestem tak nieodpowiedzialnym człowiekiem i za dziewięć miesięcy nadal nim będę, przecież tak w ogóle to czuć ode mnie jeszcze resztki wypitej wczoraj whisky, jestem patologiczna, na bank dziecko urodzi się chore, albo mi je zabiorą. Mam 26 lat, nie jestem moją matką by mieć męża i chodzącą dwójkę małych szkrabów. Wewnątrz czuję się jakbym nadal miała te 16 lato żadnych zobowiązań.

sobota, 11 sierpnia 2018

Miód też ma procenty.

Mam w sobie tyle sprzeczności, że sama w nie czasem nie dowierzam. Jak można być mną? Tak absolutnie niepojętą, nieprzewidywalnie nawet dla mnie, psrsoną. Współczułabym osobie na moim miejscu, znając ten stan. Tak chętnie zamieniłabym się chociaż na chwilę. Na jeden dzień, dwadzieścia cztery godziny. Nie czuję się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i tak bardzo chciałabym się tam znaleźć, tak bardzo brakuje mi powietrza, tchu, chcę znaleźć się w tym miejscu, gdzie będę pasować chociaż w sześćdziesięciu procentach. Gdziekolwiek jestem. Cokolwiek robię. Nie, to nie ja, ja nie mogę sobie pozwolić na bycie sobą, bo w gruncie rzeczy sama sobie się wydaje kimś nie wartym uwagi, co więcej, wydaję mi się, że powinno się mnie unikać z daleka, bo jedyne co potrafię robić i co rzeczywiście robię to niszczenie, niszczenie, niszczenia. Każdego. Wszystkiego. Jak to nazwać?

piątek, 10 sierpnia 2018

Po co ten miód

Myślę, że gdybym dowiedziała się w tym momencie, że za chwilę cały świat pierdolnie, rozleci się na milion kawałków, we wszystkich możliwych kierunkach, że nigdy już nie będzie niczego i nikogo, to nadal bym siedziała w tej samej pozycji, z założoną jedną nogą na drugą i jedyne, co bym zrobiła, to uniosła lekko brwi, by wysłuchać, by dać znać, że słyszę, że dotarła wiadomość.

wtorek, 5 września 2017

More than you know

Nie znam siebie zbyt dobrze, ale na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy piszę. Piszę, kiedy coś mnie uwiera w sumienie, piszę, kiedy mniemanie o sobie spada poniżej normy, ale najrzadziej piszę wtedy gdy jest mi dobrze. Robię tak, gdyż widzę jakąś ulgę, pocieszenie, w tym wylewaniu mało istotnych słów na tą elektroniczną kartkę papieru. I choć to tylko trwa chwilę, zawsze do tego wracam.

Boję się pisać, że jest mi dobrze, boję się, ponieważ mam dziwne przeczucie, że gdy to zrobię, znowu będę spadać z tego rollercastera, ale niezaprzeczalnie właśnie teraz tak jest. Dach nad głową, on obok, jedzenie w lodówce, on obok, ciepło w mieszkaniu,  on obok, zdrowie w garści, on obok, waga w normie, on obok. Wreszcie jest przepięknie, wreszcie jest normalnie, uśmiechając się zaciskam pięści by tego nie wypuścić, nie popuścić ani na centymetr, na dwa też nie. Miód znowu jest w przyzwoitej cenie, mogę sobie na niego pozwolić, więc dawkuję go rozważnie, by starczyło go na długo, by starczyło go już zawsze. I choć od samego początku nie jest łatwo, coś mi mówi, że będzie miało to odbicie w przyszłości.

I just need to get it off my chest
More than you know
You should know that baby you're the best
More than you know.

czwartek, 20 lipca 2017

wtorek, 18 lipca 2017

Helikoptery

Trochę jeszcze w głowie mi szumi. Właściwie to nie trochę, a całkiem solidnie, właściwie to nie tylko dziś, a przez cały pieprzony czas. Nie mogę zasnąć z powodu tych wszystkich żenujących sytuacji, w które tak pięknie się wpakowałam. Co ja ze sobą mam? To w ogóle jeszcze ja czy już nie ja? Za każdym razem, budząc się przeżywam weltschmerz, ogromnego kaca moralnego, który wieczorem zmienia się w salwę śmiechu i to w dodatku z mojej strony, bo sęku w tym nie ma, by żałować. Lista osób mających mnie za "dziwnego typa" się wydłuża z każdym tygodniem (całe szczęście nie z każdym dniem, bo w ten sposób moje województwo miałabym już z głowy) i już wcale nie jest mi tak fajnie. Przez myśl mi przeszło, by do kościoła się przejść, może moje spierdolenie totalne zmniejszyłoby się chociaż o cal na skutek wpatrywania się w półnagiego faceta, który rzeczywiście cierpiał (i cierpi nadal, co dla mnie jest niezwykle infantylne, by wielkość człowieka jego porażką (?) mierzyć). Ale co też mądrego miałabym mu powiedzieć, skoro on wszystko już wie? Prawdopodobnie wzruszyłabym ramionami, bo ze wzruszeń tylko te mi zostały. Zdaję sobie sprawę z tego jak złym człowiekiem jestem i nic z tym nie robię, nadal, bo w gytii rzeczy jest mi z tym neutralnie, by nie rzec, że dobrze.
There's no lie in her fire, ale też she's lost control.

niedziela, 21 maja 2017

Gdzie rozpieprzenie zastąpiło miód

Miód jest taki drogi w tych czasach. Znalazłam nowe lekarstwo na mój weltschmertz. Kiedy to się skończy? Kiedy będę miała znowu dostęp do miodu? Mieszam rozpieprzenie w herbacie, pięć razy w prawo, trzy w lewo, poprawiam w prawo znowu, jeśli trzeba, jeśli przesadziłam. Nie czuję się zbyt dobrze w tej głowie.

niedziela, 7 maja 2017

Na imię ma Gloria

Mind out of control.
Nie nadążam za sobą po raz kolejny. Moje nastroje wybiegają poza jakikolwiek schemat. Moje mentalne 16 lat właśnie daje mi totalnie w kość i to z powodu jednej małej informacji przyjętej do wiadomości. Chciałabym być chora, chora tak, by niektórych trudnych dla mnie rzeczy nie przyjmować do siebie, zamknąć drzwi na klucz i nie wpuszczać. Nawet już nie mam siły układać zdań.

sobota, 29 kwietnia 2017

Serce. Motoserce.

Wczoraj miałam 16 lat, dziś też mam i jutro również będę mieć. Już zawsze będę mieć 16 lat. Spełniam swe marzenie. Gdybym wiedziała, że mentalny orgazm może trwac tak długo, zrobiłabym to już dawno. Przytyłam 4kg i były to 4kg czystego egozimu. Wszystko co robię, robię dla siebie. Zrozumiałam, że szczęście nie polega na tym, by mieć to co inni, ale mieć to co sama chcesz. To takie oczywiste i trudne zarazem. Zajęło mi to 9 lat. Uciszyłam moją chęć stania sie inkubatorem na długo. Są rzeczy ważniejsze. Samorealizacja ponad standardy.

piątek, 14 kwietnia 2017

Someone new.

Od dwóch miesięcy kopię się w rzyć, pluję się w brodę, gryzę sobie język. Żaluję. Żałuję, że milion lat świetlnych wstecz zabrakło mi chęci do dalszego poszukiwania walizki z milionem. Poległam na pierwszej próbie i nigdy więcej nie wsiadłam na tego konia. Przecież to wcale nie bolało, wystarczyła odrobina inicjatywy i trochę więcej chęci i być może szczypta entuzjazmu, nic poza tym, nic ponad to. Ale tak to już ze mną jest, że klapki z oczu po latach ściągam i odnajduję się w tym w każdej kwestii. Poszukiwanie, choć mogło okazać się rozczarowaniem też nie poszłoby na marne. Doświadczeniem bym to teraz nazywała. Teraz. Teraz jest za późno, bo wreszcie wiem czym była ta walizka i co oznaczał ten milion. Mądra po szkodzie? Oj bardzo.

Ktoś nowy.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Gniazda.

Jak zatrzymany w biegu wiatr, jak niebo wśród nocy bez gwiazd.

Myślę, że jednym z najbardziej pokręconych scenariuszy, jakie kiedykolwiek czytałam (czy też oglądałam jego wyreżyserowaną wersję), jest ten napisany przeze mnie, nieświadomie, totalnie out of control. Ile razy staczam się moją sinusoidalną zjeżdżalnią, tyle razy w górę jadę rollercoasterem. I choć zawsze utrwalam sobie pewnego rodzaju świadectwo odbytej podróży, to nigdy nie pamiętam jak to jest piąć się w górę. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo o ile sztuka spadania już mnie nie zaskakuje, to jazda w górę zawsze niesie ze sobą ten element zaskoczenia. Przyjemnego oczywiście.
Jedno z moich ulubionych słów, mianowicie "wysublimowany", znowu dość często gości na mych wargach. Popołudnia bezkarnie cytrynowe? Nie, to nie to dzieciaku. Popołudnia wysublimowanej rozkoszy. Poranki i gorące noce też takie są. Zawsze ten sam sentyment. Dziś jestem młodsza o 7 lat, wczoraj też byłam i ku zaskoczeniu jutro nadal będę. Dobrze jest znowu panować nad swym własnym oddechem. Nie wyrażam zgody na resuscytację, bo jeśli nie teraz to już nigdy. Ten polaar jest ciepły i przyjemny. I skoro pani pana zabiła, to całkiem rozsądne było znalezienie kogoś, kto wie jak zakopać zwłoki. Nie mój drogi jednorogi, liliji zasiewać nie będę, ślad jakikolwiek zaginie.

niedziela, 12 lutego 2017

Lark.

Buszująca po świecie.
Buszująca po głowie.
Odnalazłam walizkę z moim jestestwem.
Nasiąknięta skorupka śmierdzi wszystkim.


Czuję ogromną pustkę w sercu, spowodowaną utratą drugiego bloga, którego prowadziłam przez około 10 lat, o którym nie mówiłam, który był dla mnie jak pudełko, w którym chowałam wszystkie podłe uczucia. Boję się, że poprzez brak ich miejsca w świecie, zaraz wylecą na zewnątrz i wbiją mi tysiące sztyletów w plecy, wrócą i rozpierdolą wszystko dookoła, z rozkazem patrzenia na ten syf. Moje wiersze, moje wspomnienia, moje opowiadania i moje marzenia. Moje listy, moje notatki, moje nieprzespane noce. Mój kochany skowronek uciekł z klatki.
Nie wróci.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Wpuść mnie

Ciężko jest lekko żyć. Pod koniec stycznia, chociaż tak szczerze, to już od jego połowy zafundowałam sobie odrobinę lenistwa i zapuściłam się w swoich noworocznych postanowieniach, czy też decyzjach, mających mieć wpływ na to, jaką osobą chciałam być, stać się i zostać. Niełatwo jest skupiać się na sobie, kiedy cierpisz na brak przestrzeni osobistej. Moja agorafobia sięga zenitu, a panele w Twoim "zaklepanym" kącie jeszcze nie są położone. Chciałabym przyspieszyć swoje życie o dwa tygodnie bo słowo daje, dłużej już nie pociągnę wśród tego tłoku. I kto by pomyślał, że po większości życia spędzonego z rodziną pod jednym dachem, po 4 latach mieszkania bez ich obecności, po miesiącu spędzonym z powrotem z nimi, zacznie mi się robić niedobrze, na samą myśl, że wrócę do domu telewizor będzie włączony na poziom głośności równym 40, w kuchni będzie grało źle nastawione radio, w pokoju obok ktoś będzie słuchał muzyki z laptopa na full pizdę, chociaż tak często zwracasz im uwagę, że powinno się ściszać głośniki o dwie kreski, by nie zepsuć sprzętu. I wracasz do domu, a tam znowu twoja herbata schowana w randomowej szafce, więc szukaj przyjacielu, zakamarków jest tu tyle ile w Narnii, Twój ukochany miód leży w śmietniku, bo to przecież niebezpieczne jeść ze stłuczonego słoika (przecież sam się zbił). Twoja ładowarka, wyraźnie oznaczona bordowym lakierem, w ciągu całego dnia została owładnięta przez trzeciego władcę. I choć tak bardzo kochałaś zostawiać ubrania na krześle, to teraz tego nienawidzisz, bo poza tym krzesłem nie masz nic. Cały osprzęt kuchenny, który tak starannie  kolorystycznie kompletowałaś przez 8 miesięcy leży w kartonie w garażu, Twoja ukochana pralka klasy A plus plus plus marźnie w piwnicy, a twój ukochany kubek leży w kartonie, bo nie ma miejsca DLA CIEBIE.

                              BRAK MI ***


poniedziałek, 26 grudnia 2016

The greates!

Kolejna cyferka wskoczyła na mój licznik odliczający dni niezadowolenia z życia. Sęk w tym, że nie było miejsca na kolejną, więc licznik się wyzerował. Po raz pierwszy od maja 2013 roku w mojej głowie panuje błoga cisza, a moja ścieżka życiowa się wyprostowała (żeby jeszcze ta przeklęte klawiatura działała, to mogłabym powiedzieć, że jestem całkiem szczęśliwa). I choć masz mnie za głupią dzikuskę, to zapewniam cię, mało wiesz. Zapomniałam na śmierć mózgową, jak to jest, gdy w głowie pusto, gdy nie myśli się w nocy, nie przypomina sobie żenujących sytuacji z całego życia, gdy nie wymyśla się planów na kolejne 20 lat, gdy się niczego nie żałuje i przyjmuje wszystko na klatę z emocjami, które wywołuje w nas kwiat lotosu na tafli jeziora. Udało mi się, po 3 latach wyzerować kartę pamięci, co więcej, założyłam nowy folder, w którym panuje porządek, którego nie powstydziłaby się perfekcyjna pani domu (z reguły rzeczy, którymi gardzę pisze z małej litery, żeby było klarowne iż tym gardzę, rzecz jasna). 15 miesięcy temu zaaplikowałam ostatnią dawkę psychotropów i od tego czasu tylko raz zdarzyło mi się wziąć tabletkę "w razie wu". To bardzo dobry wynik, tak sądzę. Jestem najlepsza, bo jestem żyję i jestem żywa.

Sama sobie zafundowałam takiego siarczystego kopniaka w rzyć, że na myśl o tym jeszcze przez chwilę będę robiła uniki. I wiecie co? Nie bolało.
Dzień dobry, na imię mam Paulina, nie mam nic i nic nie mam do stracenia.