Mały Dylan bawi się obok swoją ulubioną maskotką. Chyba
dlatego ulubioną, bo jedyną. Skradł mi serce tymi swoimi niewinnymi
zabawami. Skacze mi na nogi, wbijając swoje
małe pazurki w skórę. Nie pozwala mi pisać, bo widząc szybkie ruchy moich dłoni
od razu próbuje je złapać. Wskakuje na moje chusty zawieszone na szafie,
zostawiając na nich swój ślad w postaci pozaciąganych nitek. Szarpie moje
dredy, myśląc, że to jedna z jego zabawek. Teraz przerzucił się na kabel od
laptopa. Moja przezorność każe mi zapisać efekty stukania w klawiaturę, zanim
będzie za późno
Patrzę na ten cały
bałagan, który robi wokół siebie, a mi w głowie huczy: o matko, jak ja go
uwielbiam. To tak jakby zakochanie, czyż nie? Chociaż wolałabym w tym przypadku
(i każdym innym również) zastąpić to synonimem – zaślepienie. Tak, bywam
okropna.
Marzy mi się kolejna, dobra lektura. Myślę, że mogłabym
polubić Fitzgeralda. Jednak mój dziwny pogląd nie pozwala mi na to po zakończeniu
tylko jednej lektury. Po drodze trochę ulubionego Baczyńskiego, będzie i
Słowacki (bo Mickiewicz ssie). Jako podkład do tego wszystkiego wybieram…
Dylana. Bardziej niż oczywiste.
Kawa stygnie, słowa uciekają, a tu jeszcze Osieczna dziś
czeka.
"Do lasu idę, bo przytomnie pragnę żyć.
Smakować życia sok, wyssać z kości szpik.
Co nie jest życiem wykorzeniam,
By kiedyś martwym nie umierać."
Thoreau, jeśli się nie mylę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz