Jeszcze dwa miesiące temu biłam Einsteina na głowę, jeśli
chodzi o dzienną dawkę snu. Dwanaście albo i więcej godzin było dla mnie normą, którą musiałam wyrobić.
Co się z tym wiązało, głowę miałam zawaloną różnymi snami. Potrafiłam zapamiętywać
do 5 snów dziennie. Codziennie. Najczęściej były to bardzo nierealne sny,
aczkolwiek zdarzały się i te jakby z życia wzięte. Czasem bywały i te świadome – ale to już jest kwestia wyuczenia się, a nie nabycia tej umiejętności.
Tak, można to sobie wyćwiczyć. Mam świadomość, że są osoby, które
zazdrościły mi tej potężnej dawki snu. Chodzą jakby w półśnie, jak zombie, ale
zamiast myśląc o przekąszeniu jakiej szarej masy, mieszczącej się w głowie,
marzą o dodatkowej porcji snu. Ale nie ja. Już nie ja.
Teraz już wiem, co za tym wszystkim stało. To był rodzaj
ucieczki. Spałam tak długo, by dzień szybciej uciekł. Tak, uciekł, bo one
raczej nie upływały – w pewnym sensie. Połowa doby uciekała mi w mgnieniu oka
dosłownie. Śmieję się, bo wiem, że było to chore. Pewnie też i nie za bardzo
zdrowe.
Sześć godzin? Z przyjemnością. Siedem? Nie, nie potrzebuje
tego. Nie uciekam już przecież.
"Niech Ci się przyśni szklane słońce,
Niech Ci się przyśni wyspa róż,
Niech Ci się przyśni cały świat
Niech Ci się przyśnię ja."

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz