Trzymam się za skronie, głowa mi pęka. Zaraz eksploduje od tego, co właśnie do niej dopuściłam. Zatajanie faktów przed samą sobą lub też zupełne ich ignorowanie nie jest moją mocną stroną. Ja wiem, że jest wieczór, że zaraz to minie, jednakże jest to nie do zniesienia. Jeszcze do tego piekielny czwartek, lekarzowy piątek i tak w kółko. "To robi się żałosne" - usłyszałam kiedyś.
Widziałam nieoficjalny teledysk do Baby. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Chciałabym tak. W sumie rozglądając się wokół dość często powtarzam "chciałabym". Co się za tym kryje - wiadomo. Chcieć a móc, skoro chcesz, to nie miałaś, nany-nany-na.
Wczoraj przyszło mi się zmierzyć z tym, co zrobiłam kiedyś. A właściwie, czego nie robiłam, a tak bardzo powinnam. "Prawie spadłem z krzesła, jak zobaczyłam, że pierwsza napisałaś".
"Ona już nie jest mną. I raczej nigdy już nie będzie. Ruszyłam na przód, choć ciągle jeszcze się odwracam. Widocznie tak ma być, że wracasz do tego, póki jest jeszcze w zasięgu twojego wzroku. Co potem? Potem z górki. Bo na to już nie spojrzysz, spojrzysz na coś zupełnie innego, na świeże ślady. Nazywałam siebie beznadziejną, ale chyba czas siebie przeprosić. Albo poczekać jeszcze chwile, bo ze mną to nic nie wiadomo. No wiecie - jak to z kobietą."
Lubię patrzeć na moje stukające w klawiaturę palce. Lubię pisać coraz szybciej i szybciej, a przede wszystkim więcej. Lubię jak słowa same się układają - tak jak w tym momencie, chociaż zupełnie przypomina to teksańskiego. Co jakiś czas zatrzymam wzrok, by przeanalizować błędy. Czy były dopuszczalne. Cholernie lubię pisać, chociaż nie zawsze ma to sens. Dla innych. Dla mnie zawsze będzie miało. Potrafię zajrzeć w starego, pięcioletniego bloga i powiedzieć - aha, wtedy działo się to i to.
To był marzec tak? Ten pierwszy raz. Przynajmniej tak mi się kojarzy. Pamiętam co wtedy było, ale nie pamiętam, co było całkiem niedawno. She wants to be sure.
Telefon milczy.
Lalalalala, lie, lie, lie.
Trochę mnie.
- Snaaki.
- Nie wierzę w spadające gwiazdy. Ale wierzę w grosik wrzucony w fontannę. Czemu tak? Bo w życiu nic za darmo. https://www.facebook.com/sniez666
czwartek, 10 maja 2012
poniedziałek, 7 maja 2012
Że sie kochasz przy Beatlesach.
Dzień dwudziesty zaczął się dnia piątego. Dobra moja!
Od kilku dni dzieją się niezwykłe rzeczy. Kto by pomyślał, że były one na wyciągnięcie ręki. Żyję i coraz częściej mam ochotę krzyknąć "bądź wieczna!". Bo przecież dla takich chwil się żyję.
Niespełna dwa tygodnie i człowieka się nie poznaje. Właśnie tak jest ze mną. Widzę w lustrze inną dziewczynę. I tu nie chodzi o fakt, że dredy wróciły. Ta dziewczyna się uśmiecha, mówi "oby tak dalej", nawet jej szafa stała się jakby bardziej kolorowa. Pokochała spódnice. Ta dziewczyna nawet tańczy przed lustrem przy Gallows Pole. Zamiast zwykłego dzwonka na sms muczy jej krowa. Powiecie - szalona, ale jej to koło uszu poleci.
Niedługo do Chojnickiego zwierzyńca dołączy ten oto kotek. Ten z serduszkiem. Drugi zarezerwowany dla kuzynki Weroniki. Pojedzie do wielkiego miasta, do Gdyni. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkają. Wiem, mało widać, ale mam nadzieję, że jutro, jak pojadę do Babci będzie miał już oczka otwarte i wyraźniejsze zdjęcia dodam. Już go kocham.
Tak więc moja miłość ulokuje się na tym małym zwierzątku. Jak wiecie mam psa, ale spokojnie - Tofik już go zaakceptował, razem w jednej budzie spali c; Teraz tylko kot chomika musi zaakceptować (od czasu notki Chojnicki zwierzyniec doszedł nam do rodziny Maurycy).
Nauczyłam się dokręcać dredloki. Co prawda jestem im przeciwna, ale nie miałabym nic przeciwko dorobić komuś.
"Ale lubię twoje włosy
Glany, cienkie papierosy
Małą bliznę na kolanie
Nie o wszystkim mówisz mamie
Lubię, gdy jesteś zawzięta
Kiedy walczysz o zwierzęta
Że masz dziary w dziwnych miejscach
Że się kochasz przy Beatlesach."
Zarzuć to w odtwarzaczu, zakochasz się na nowo.
Od kilku dni dzieją się niezwykłe rzeczy. Kto by pomyślał, że były one na wyciągnięcie ręki. Żyję i coraz częściej mam ochotę krzyknąć "bądź wieczna!". Bo przecież dla takich chwil się żyję.
Niespełna dwa tygodnie i człowieka się nie poznaje. Właśnie tak jest ze mną. Widzę w lustrze inną dziewczynę. I tu nie chodzi o fakt, że dredy wróciły. Ta dziewczyna się uśmiecha, mówi "oby tak dalej", nawet jej szafa stała się jakby bardziej kolorowa. Pokochała spódnice. Ta dziewczyna nawet tańczy przed lustrem przy Gallows Pole. Zamiast zwykłego dzwonka na sms muczy jej krowa. Powiecie - szalona, ale jej to koło uszu poleci.
Niedługo do Chojnickiego zwierzyńca dołączy ten oto kotek. Ten z serduszkiem. Drugi zarezerwowany dla kuzynki Weroniki. Pojedzie do wielkiego miasta, do Gdyni. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkają. Wiem, mało widać, ale mam nadzieję, że jutro, jak pojadę do Babci będzie miał już oczka otwarte i wyraźniejsze zdjęcia dodam. Już go kocham.
Tak więc moja miłość ulokuje się na tym małym zwierzątku. Jak wiecie mam psa, ale spokojnie - Tofik już go zaakceptował, razem w jednej budzie spali c; Teraz tylko kot chomika musi zaakceptować (od czasu notki Chojnicki zwierzyniec doszedł nam do rodziny Maurycy).
Nauczyłam się dokręcać dredloki. Co prawda jestem im przeciwna, ale nie miałabym nic przeciwko dorobić komuś.
"Ale lubię twoje włosy
Glany, cienkie papierosy
Małą bliznę na kolanie
Nie o wszystkim mówisz mamie
Lubię, gdy jesteś zawzięta
Kiedy walczysz o zwierzęta
Że masz dziary w dziwnych miejscach
Że się kochasz przy Beatlesach."
Zarzuć to w odtwarzaczu, zakochasz się na nowo.
Jeszcze jedno ze zdjęć. Z serii - zajebiście kocham to miejsce.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Kreon
Dzień zero.
Złość i zażenowanie w roli głównej. Aczkolwiek trzyma się gardę wiedząc, że to jest słuszne.
Dzień pierwszy.
Szukasz zajęcia. Jeśli je znajdziesz - dobra Twoja. Czasem sobie głowę zaprzątniesz.
Dzień drugi.
Wyczekujesz i jednocześnie masz nadzieję, że się nie doczekasz.
Dzień trzeci.
Czujesz się źle.
Dzień dwudziesty.
Jest tak, jak chciałaś w trzecim dniu.
Proste.
Chcę znów tam wrócić. Tam wszystko było inne. Lepsze. Bardziej... Przyswajalne.
Dobrze jest mieć przyjaciół.
Złość i zażenowanie w roli głównej. Aczkolwiek trzyma się gardę wiedząc, że to jest słuszne.
Dzień pierwszy.
Szukasz zajęcia. Jeśli je znajdziesz - dobra Twoja. Czasem sobie głowę zaprzątniesz.
Dzień drugi.
Wyczekujesz i jednocześnie masz nadzieję, że się nie doczekasz.
Dzień trzeci.
Czujesz się źle.
Dzień dwudziesty.
Jest tak, jak chciałaś w trzecim dniu.
Proste.
Chcę znów tam wrócić. Tam wszystko było inne. Lepsze. Bardziej... Przyswajalne.
Dobrze jest mieć przyjaciół.
sobota, 28 kwietnia 2012
Mogłabym zapomnieć
"Czasami to, w co wierzysz jest bardziej realne niż rzeczywistość" - wrzeszczy mi Włochaty do ucha, ale mi to wcale nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, przytakuje mu, dodając, że najgorzej jest wtedy, kiedy zorientujesz się, że to tylko głupie wymysły. Nagle coś leży w gruzach, Ty masz parę ładnych chwil na przystosowanie się do "nowego systemu", ale to zależy wyłącznie od Ciebie. W czym diabeł tkwi? Wtedy już Ci nie zależy na niczym.
Dlatego ogłaszam, że mi będzie zależeć.
Nowa ja, że tak powiem. A nawet stara-nowa ja. Dredy wróciły, nie byłabym sobą. Chyba teraz już zawsze nią będę.
Dlatego ogłaszam, że mi będzie zależeć.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Zawziętość
Ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że właśnie ta piosenka powinna być grana jako pierwsza na Twoim ślubie. O ile kiedykolwiek dane Ci będzie przeżyć ten dzień.
Palce pocharatane, w końcu to już 4 dzień, włosy poczochrane, potem parę godzin przy kaloryferze, następnie kilka godzin w jednej pozycji. Jednakże warto. Według mnie. Śnieg, Śnieg, Śnieg wraca. I choć aprobata nie wystąpi ze wszystkich stron... I don't care.
Palce pocharatane, w końcu to już 4 dzień, włosy poczochrane, potem parę godzin przy kaloryferze, następnie kilka godzin w jednej pozycji. Jednakże warto. Według mnie. Śnieg, Śnieg, Śnieg wraca. I choć aprobata nie wystąpi ze wszystkich stron... I don't care.
sobota, 14 kwietnia 2012
Matko Boska!
Wyjazd na basen - bardzo dobry pomysł, zważywszy na to, że w zeszłe wakacje do wody weszłam tylko dwa razy. Lato nie było za ciekawe.
O złośliwości ludzi dowiaduję się na każdym kroku, przekonuje - rzadziej. Aczkolwiek ten tydzień dał mi wiele do przemyślenia.
Sytuacja pierwsza - ośrodek zdrowia. Leniwa pani z recepcji mówi mi, że żeby się zarejestrować do lekarza mam iść do gabinetu. Spieszyło mi się, ale poczekałam. Podchodzę - pukam, ktoś jest w środku. Czekam i czekam, międzyczasie przychodzi starsza pani i młoda pani. Na początku myślałam, ze razem przyszły. Pytają się grzecznie, czy ja do lekarza. Kiwam twierdząco głową, ale zaraz wyjaśniam, że tylko się zarejestrować i że dłużej niż minutę siedzieć nie będę. Panie siadają. Po długim wyczekiwaniu otwierają się drzwi. Podnoszę swe cztery litery, a tu nagle wiek przestaje mieć znaczenia i babcia wygrywa maraton. Zdezorientowana patrze na młodszą panią i się pytam, czy ona do lekarza, czy też do rejestracji. Pani odpowiada, że nie wie, ale widzę, że ją też zszokowała reakcja kobieciny.
Dobra, może i starszym się ustępuje i tak dalej, ale nie sadzę, by ta minuta miała wpływ na jej zbawienie. Tym bardziej, że ona siedziała jakieś dwadzieścia minut.
Druga sytuacja - ulica, przejście dla pieszych. Miałam beznadziejny humor. W domu skończyła się pasta do zębów, szampon do włosów i mama powierzyła mi swoje obowiązki. Tak więc mało rozgarnięta idę w miasto - słuchawki na uszy, okulary na nos. Po drodze wskoczyłam po tabletki na alergię, które jeszcze bardziej dobiły mój humor (właściwie ich cena). Idę przez przejście, z naprzeciwka idą dwie młode kobiety. Jedna szarpnęła tak moim kablem od słuchawek, że telefon poleciał, a z jednej strony samochód nadciągał. Odwracam się - ani przepraszam, ani spierdalaj.
Obiecuję, że kiedyś się cofnę i dam ''high five''. W twarz.
Matko Bosko Żartobliwo.
Stairway to heaven in Czersk. Tak jakoś, kiedyś, gdy coś się robiło.
O złośliwości ludzi dowiaduję się na każdym kroku, przekonuje - rzadziej. Aczkolwiek ten tydzień dał mi wiele do przemyślenia.
Sytuacja pierwsza - ośrodek zdrowia. Leniwa pani z recepcji mówi mi, że żeby się zarejestrować do lekarza mam iść do gabinetu. Spieszyło mi się, ale poczekałam. Podchodzę - pukam, ktoś jest w środku. Czekam i czekam, międzyczasie przychodzi starsza pani i młoda pani. Na początku myślałam, ze razem przyszły. Pytają się grzecznie, czy ja do lekarza. Kiwam twierdząco głową, ale zaraz wyjaśniam, że tylko się zarejestrować i że dłużej niż minutę siedzieć nie będę. Panie siadają. Po długim wyczekiwaniu otwierają się drzwi. Podnoszę swe cztery litery, a tu nagle wiek przestaje mieć znaczenia i babcia wygrywa maraton. Zdezorientowana patrze na młodszą panią i się pytam, czy ona do lekarza, czy też do rejestracji. Pani odpowiada, że nie wie, ale widzę, że ją też zszokowała reakcja kobieciny.
Dobra, może i starszym się ustępuje i tak dalej, ale nie sadzę, by ta minuta miała wpływ na jej zbawienie. Tym bardziej, że ona siedziała jakieś dwadzieścia minut.
Druga sytuacja - ulica, przejście dla pieszych. Miałam beznadziejny humor. W domu skończyła się pasta do zębów, szampon do włosów i mama powierzyła mi swoje obowiązki. Tak więc mało rozgarnięta idę w miasto - słuchawki na uszy, okulary na nos. Po drodze wskoczyłam po tabletki na alergię, które jeszcze bardziej dobiły mój humor (właściwie ich cena). Idę przez przejście, z naprzeciwka idą dwie młode kobiety. Jedna szarpnęła tak moim kablem od słuchawek, że telefon poleciał, a z jednej strony samochód nadciągał. Odwracam się - ani przepraszam, ani spierdalaj.
Obiecuję, że kiedyś się cofnę i dam ''high five''. W twarz.
Matko Bosko Żartobliwo.
Stairway to heaven in Czersk. Tak jakoś, kiedyś, gdy coś się robiło.
wtorek, 3 kwietnia 2012
Chojnicki zwierzyniec.
Kwiecień. Zabawnie się zaczął, jak to kwiecień. Najlepsza i tak była Babcia, która z samego rana, jeszcze nie bardzo kontaktującą mnie nabrała na to, że paraliż twarzy mi wrócił.
W domu robi się mały zwierzyniec. Tofik, nasz pies był tu od zawsze, ale do tego doszły nam trzy szczury. Moja Zosia i Franuś oraz dżurkowy Travis. Co prawda, są tu chwilowo ze względu na wyjazd M., a potem znów będę musiała się z nimi pożegnać (alergia).
Mam wyrzuty sumienia wobec Franusia. Właściwie Franusi, ale o tym dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Ale nie chodzi o to. Bardziej zelży mi na sercu jego choroba. Jakoś pół roku temu zauważyłam u niego guza. I nic z tym nie zrobiłam. Usprawiedliwię się trochę moją niemożnością: w Czersku weterynarzom na gryzoniach nie zależy, a jechać do Gdańska to spory wydatek. Guz Franusia się powiększa i już teraz sprawia mu pewne trudności w chodzeniu (guz jest pod pachą, pewnie węzły chłonne), więc Franczesko nauczył się kicać jak królik. Nadal jest taki żwawy jak za pierwszym razem, gdy na kolanach wiozłam go w pudełku z dziurkami (i wtedy to mnie ugryzł po raz pierwszy). Od tego czasu minęły już 2 lata i 4 miesiące. Co zabawniejsze, jest mądrzejszy od naszego psa. Wie, że może jeść tylko w klatce, dlatego jak mu się podaje miseczkę, to sam bierze ja do środka. I jak nie ma wody, to stuka językiem w butelkę niemiłosiernie. I jest strasznie żywiołowy. Wszędzie wlezie. Raz, pamiętam, Tofik szczekał na niego, a ten go ugryzł w nos. I teraz ma respekt przed szczurem.
Zosia jest spokojniejsza (ta z kolei ma rok i 5 miesięcy jak i Travis). Ale lubi Franka podenerwować. Jest też bardzo chciwa. Z kolei Travis to najspokojniejszy ze szczurów. Bezkonfliktowy. Flegmatyk trochę (ma coś ze swojego pana;p ).
Tyle o szczurkach, bo jest jeszcze ktoś. Otóż w piątek rodzice zafundowali nam nowego członka rodziny pod postacią kozy. A właściwie capa. Stąd też jego imię - Dżony Cepp. Żeby było zabawnie. Jest strasznie towarzyski. Jak się od niego odchodzi to beczy niemiłosiernie byś wrócił. I tak ci się źle robi na sercu i siedzisz z nim i siedzisz. Tofik jest strasznie o niego zazdrosny. O tatę chodzi. Tata często go odwiedza i pies, jak to pies czuje. A że kiedyś tata strasznie dużo czasu poświęcał na zabawę i drapanie Tofika, to ten lata za nim jak tylko chce gdzieś iść.
Zapomniałabym! Mielismy jeszcze rybki. Siostra miała. Ale już nie ma. Została jej tylko jedna (nie pytać) i glonojad, więc poszła do oczka.
I jest jeszcze Bandyta! Bandyta to pies wujka, który mieszka z nami (ten sam dom, inne wejście). Ogólnie posłuszny pies. Nie wyjdzie na ulice (Tofik spie**ala ino kurz), jak zawołasz do niego, to przestaje szczekać. I obserwuje. Jestem w oknie w łazience - patrzy. w kuchni - patrzy. Zawsze patrzy.
Tak oto wesoło w domu mam, sto różnych osobliwości, każdy o innym charakterze.
Po dzisiejszym dniu do zwierząt doliczam siostrę. Wredne, leniwe. I dużo krzyczy. To chyba jakaś odmiana kota.
W domu robi się mały zwierzyniec. Tofik, nasz pies był tu od zawsze, ale do tego doszły nam trzy szczury. Moja Zosia i Franuś oraz dżurkowy Travis. Co prawda, są tu chwilowo ze względu na wyjazd M., a potem znów będę musiała się z nimi pożegnać (alergia).
Mam wyrzuty sumienia wobec Franusia. Właściwie Franusi, ale o tym dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Ale nie chodzi o to. Bardziej zelży mi na sercu jego choroba. Jakoś pół roku temu zauważyłam u niego guza. I nic z tym nie zrobiłam. Usprawiedliwię się trochę moją niemożnością: w Czersku weterynarzom na gryzoniach nie zależy, a jechać do Gdańska to spory wydatek. Guz Franusia się powiększa i już teraz sprawia mu pewne trudności w chodzeniu (guz jest pod pachą, pewnie węzły chłonne), więc Franczesko nauczył się kicać jak królik. Nadal jest taki żwawy jak za pierwszym razem, gdy na kolanach wiozłam go w pudełku z dziurkami (i wtedy to mnie ugryzł po raz pierwszy). Od tego czasu minęły już 2 lata i 4 miesiące. Co zabawniejsze, jest mądrzejszy od naszego psa. Wie, że może jeść tylko w klatce, dlatego jak mu się podaje miseczkę, to sam bierze ja do środka. I jak nie ma wody, to stuka językiem w butelkę niemiłosiernie. I jest strasznie żywiołowy. Wszędzie wlezie. Raz, pamiętam, Tofik szczekał na niego, a ten go ugryzł w nos. I teraz ma respekt przed szczurem.
Zosia jest spokojniejsza (ta z kolei ma rok i 5 miesięcy jak i Travis). Ale lubi Franka podenerwować. Jest też bardzo chciwa. Z kolei Travis to najspokojniejszy ze szczurów. Bezkonfliktowy. Flegmatyk trochę (ma coś ze swojego pana;p ).
Tyle o szczurkach, bo jest jeszcze ktoś. Otóż w piątek rodzice zafundowali nam nowego członka rodziny pod postacią kozy. A właściwie capa. Stąd też jego imię - Dżony Cepp. Żeby było zabawnie. Jest strasznie towarzyski. Jak się od niego odchodzi to beczy niemiłosiernie byś wrócił. I tak ci się źle robi na sercu i siedzisz z nim i siedzisz. Tofik jest strasznie o niego zazdrosny. O tatę chodzi. Tata często go odwiedza i pies, jak to pies czuje. A że kiedyś tata strasznie dużo czasu poświęcał na zabawę i drapanie Tofika, to ten lata za nim jak tylko chce gdzieś iść.
Zapomniałabym! Mielismy jeszcze rybki. Siostra miała. Ale już nie ma. Została jej tylko jedna (nie pytać) i glonojad, więc poszła do oczka.
I jest jeszcze Bandyta! Bandyta to pies wujka, który mieszka z nami (ten sam dom, inne wejście). Ogólnie posłuszny pies. Nie wyjdzie na ulice (Tofik spie**ala ino kurz), jak zawołasz do niego, to przestaje szczekać. I obserwuje. Jestem w oknie w łazience - patrzy. w kuchni - patrzy. Zawsze patrzy.
Tak oto wesoło w domu mam, sto różnych osobliwości, każdy o innym charakterze.
Po dzisiejszym dniu do zwierząt doliczam siostrę. Wredne, leniwe. I dużo krzyczy. To chyba jakaś odmiana kota.
Subskrybuj:
Posty (Atom)