Jak zatrzymany w biegu wiatr, jak niebo wśród nocy bez gwiazd.
Myślę, że jednym z najbardziej pokręconych scenariuszy, jakie kiedykolwiek czytałam (czy też oglądałam jego wyreżyserowaną wersję), jest ten napisany przeze mnie, nieświadomie, totalnie out of control. Ile razy staczam się moją sinusoidalną zjeżdżalnią, tyle razy w górę jadę rollercoasterem. I choć zawsze utrwalam sobie pewnego rodzaju świadectwo odbytej podróży, to nigdy nie pamiętam jak to jest piąć się w górę. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo o ile sztuka spadania już mnie nie zaskakuje, to jazda w górę zawsze niesie ze sobą ten element zaskoczenia. Przyjemnego oczywiście.
Jedno z moich ulubionych słów, mianowicie "wysublimowany", znowu dość często gości na mych wargach. Popołudnia bezkarnie cytrynowe? Nie, to nie to dzieciaku. Popołudnia wysublimowanej rozkoszy. Poranki i gorące noce też takie są. Zawsze ten sam sentyment. Dziś jestem młodsza o 7 lat, wczoraj też byłam i ku zaskoczeniu jutro nadal będę. Dobrze jest znowu panować nad swym własnym oddechem. Nie wyrażam zgody na resuscytację, bo jeśli nie teraz to już nigdy. Ten polaar jest ciepły i przyjemny. I skoro pani pana zabiła, to całkiem rozsądne było znalezienie kogoś, kto wie jak zakopać zwłoki. Nie mój drogi jednorogi, liliji zasiewać nie będę, ślad jakikolwiek zaginie.
Trochę mnie.
- Snaaki.
- Nie wierzę w spadające gwiazdy. Ale wierzę w grosik wrzucony w fontannę. Czemu tak? Bo w życiu nic za darmo. https://www.facebook.com/sniez666
poniedziałek, 27 lutego 2017
niedziela, 12 lutego 2017
Lark.
Buszująca po świecie.
Buszująca po głowie.
Odnalazłam walizkę z moim jestestwem.
Nasiąknięta skorupka śmierdzi wszystkim.
Czuję ogromną pustkę w sercu, spowodowaną utratą drugiego bloga, którego prowadziłam przez około 10 lat, o którym nie mówiłam, który był dla mnie jak pudełko, w którym chowałam wszystkie podłe uczucia. Boję się, że poprzez brak ich miejsca w świecie, zaraz wylecą na zewnątrz i wbiją mi tysiące sztyletów w plecy, wrócą i rozpierdolą wszystko dookoła, z rozkazem patrzenia na ten syf. Moje wiersze, moje wspomnienia, moje opowiadania i moje marzenia. Moje listy, moje notatki, moje nieprzespane noce. Mój kochany skowronek uciekł z klatki.
Nie wróci.
Buszująca po głowie.
Odnalazłam walizkę z moim jestestwem.
Nasiąknięta skorupka śmierdzi wszystkim.
Czuję ogromną pustkę w sercu, spowodowaną utratą drugiego bloga, którego prowadziłam przez około 10 lat, o którym nie mówiłam, który był dla mnie jak pudełko, w którym chowałam wszystkie podłe uczucia. Boję się, że poprzez brak ich miejsca w świecie, zaraz wylecą na zewnątrz i wbiją mi tysiące sztyletów w plecy, wrócą i rozpierdolą wszystko dookoła, z rozkazem patrzenia na ten syf. Moje wiersze, moje wspomnienia, moje opowiadania i moje marzenia. Moje listy, moje notatki, moje nieprzespane noce. Mój kochany skowronek uciekł z klatki.
Nie wróci.
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Wpuść mnie
Ciężko jest lekko żyć. Pod koniec stycznia, chociaż tak szczerze, to już od jego połowy zafundowałam sobie odrobinę lenistwa i zapuściłam się w swoich noworocznych postanowieniach, czy też decyzjach, mających mieć wpływ na to, jaką osobą chciałam być, stać się i zostać. Niełatwo jest skupiać się na sobie, kiedy cierpisz na brak przestrzeni osobistej. Moja agorafobia sięga zenitu, a panele w Twoim "zaklepanym" kącie jeszcze nie są położone. Chciałabym przyspieszyć swoje życie o dwa tygodnie bo słowo daje, dłużej już nie pociągnę wśród tego tłoku. I kto by pomyślał, że po większości życia spędzonego z rodziną pod jednym dachem, po 4 latach mieszkania bez ich obecności, po miesiącu spędzonym z powrotem z nimi, zacznie mi się robić niedobrze, na samą myśl, że wrócę do domu telewizor będzie włączony na poziom głośności równym 40, w kuchni będzie grało źle nastawione radio, w pokoju obok ktoś będzie słuchał muzyki z laptopa na full pizdę, chociaż tak często zwracasz im uwagę, że powinno się ściszać głośniki o dwie kreski, by nie zepsuć sprzętu. I wracasz do domu, a tam znowu twoja herbata schowana w randomowej szafce, więc szukaj przyjacielu, zakamarków jest tu tyle ile w Narnii, Twój ukochany miód leży w śmietniku, bo to przecież niebezpieczne jeść ze stłuczonego słoika (przecież sam się zbił). Twoja ładowarka, wyraźnie oznaczona bordowym lakierem, w ciągu całego dnia została owładnięta przez trzeciego władcę. I choć tak bardzo kochałaś zostawiać ubrania na krześle, to teraz tego nienawidzisz, bo poza tym krzesłem nie masz nic. Cały osprzęt kuchenny, który tak starannie kolorystycznie kompletowałaś przez 8 miesięcy leży w kartonie w garażu, Twoja ukochana pralka klasy A plus plus plus marźnie w piwnicy, a twój ukochany kubek leży w kartonie, bo nie ma miejsca DLA CIEBIE.
BRAK MI ***
BRAK MI ***
poniedziałek, 26 grudnia 2016
The greates!
Kolejna cyferka wskoczyła na mój licznik odliczający dni niezadowolenia z życia. Sęk w tym, że nie było miejsca na kolejną, więc licznik się wyzerował. Po raz pierwszy od maja 2013 roku w mojej głowie panuje błoga cisza, a moja ścieżka życiowa się wyprostowała (żeby jeszcze ta przeklęte klawiatura działała, to mogłabym powiedzieć, że jestem całkiem szczęśliwa). I choć masz mnie za głupią dzikuskę, to zapewniam cię, mało wiesz. Zapomniałam na śmierć mózgową, jak to jest, gdy w głowie pusto, gdy nie myśli się w nocy, nie przypomina sobie żenujących sytuacji z całego życia, gdy nie wymyśla się planów na kolejne 20 lat, gdy się niczego nie żałuje i przyjmuje wszystko na klatę z emocjami, które wywołuje w nas kwiat lotosu na tafli jeziora. Udało mi się, po 3 latach wyzerować kartę pamięci, co więcej, założyłam nowy folder, w którym panuje porządek, którego nie powstydziłaby się perfekcyjna pani domu (z reguły rzeczy, którymi gardzę pisze z małej litery, żeby było klarowne iż tym gardzę, rzecz jasna). 15 miesięcy temu zaaplikowałam ostatnią dawkę psychotropów i od tego czasu tylko raz zdarzyło mi się wziąć tabletkę "w razie wu". To bardzo dobry wynik, tak sądzę. Jestem najlepsza, bo jestem żyję i jestem żywa.
Sama sobie zafundowałam takiego siarczystego kopniaka w rzyć, że na myśl o tym jeszcze przez chwilę będę robiła uniki. I wiecie co? Nie bolało.
Dzień dobry, na imię mam Paulina, nie mam nic i nic nie mam do stracenia.
Sama sobie zafundowałam takiego siarczystego kopniaka w rzyć, że na myśl o tym jeszcze przez chwilę będę robiła uniki. I wiecie co? Nie bolało.
Dzień dobry, na imię mam Paulina, nie mam nic i nic nie mam do stracenia.
niedziela, 2 października 2016
Mokka rozpierdolka.
Myślę, że rzadko nie mam racji. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. I wiem, że każdy tak ma. Cieszę się, że jestem z dala od tej całej gównoburzy wywołanej aborcją. Znaczy, cholernie razi mnie w oczy jak znajomi na fejsie, próbują mi wmówić, że mylę się pod każdym względem. I są gotowi spalić na stosie każdego kto skomcia ich posty inaczej. To takie pole minowe. Zjeżdżasz sobie w dół niebieskiej internetowej zjeżdżalni pod sztandarem litery F, i modlisz się by przez przypadek nie zalajkować czegoś związanego z czarnym piątkiem/poniedziałkiem/sobotą/październikiem/rokiem. Ja naprawdę staram się nie wpychać nikomu moich fallicznych racji do ust i chciałabym, by każdy tak zrobił.
To, że w jakimś kraju legalna jest heroina, nie znaczy, że masz ją brać.
To, że gdzieś będzie legalna aborcja, nie znaczy, że masz jej dokonać.
Poza tym wszystkim ważno-nieważnym, do kawy znowu wlewam sobie rozpieprzenie zamiast śmietanki.
Już nie chcę widzieć jak wszyscy ludzie żyją w zgodzie. Chciałabym żyć w zgodzie z sobą i określić, co jest dla mnie dobre.
To, że w jakimś kraju legalna jest heroina, nie znaczy, że masz ją brać.
To, że gdzieś będzie legalna aborcja, nie znaczy, że masz jej dokonać.
Poza tym wszystkim ważno-nieważnym, do kawy znowu wlewam sobie rozpieprzenie zamiast śmietanki.
Już nie chcę widzieć jak wszyscy ludzie żyją w zgodzie. Chciałabym żyć w zgodzie z sobą i określić, co jest dla mnie dobre.
piątek, 4 marca 2016
Ugly Boy
Nieważne.
Jestem zaręczona.
Jestem szczęśliwa.
czwartek, 4 lutego 2016
Bitwa heterosomów z wiatrakami.
Nie mam pojęcia, co za banał z
tego wyjdzie, gdyż tak długo tego nie robiłam. Przejrzawszy, jaką infantylną
pizdą byłam dawniej, uświadomiłam sobie także, że całkiem nieźle wychodziło mi
wyrażanie siebie. Oczywiście nikt inny nie pojmie tego w taki sposób jaki ja
rozumiem to, co ukrywa się pośród tych bazgrołów pisanych Calibri 11
(zdecydowanie wolę bardziej). Wycofując
się ze zbędnego wyrzygiwania słów na elektroniczną kartkę na temat znaczenia
czcionki w dzisiejszym świecie, chciałabym również zauważyć, iż, prosto mówiąc,
z pizdy zmieniłam się w jeszcze większą pizdę. Brawo ja, kwiatów nie rzucajcie,
wolę półwytrawne wino, nie macie pojęcia, ile bym dała by o tej dumnej
pierwszej w nocy takowe przy łóżku posiadać. W gruncie rzeczy, i to wcale nie w
jakiejś marnej gytii, ale w urodziwym torfie wysokim, coś musi być ze mną nie
tak, skoro powtarzam się jak katarynka na głośnych jarmarkach, ale rezultaty z
mojego pieprzenia ulegają deformacji w każdej możliwej przestrzeni. I w czasie.
I ogólnie w formacie 5D, gdzie każdy jeden element ulega samoistnemu
rozpieprzeniu. Jak kolor biały rozpieprza się pod pryzmatem na inne kolory.
Lada moment, na mój licznik wskoczy ćwierćwiecze, a ja będę mogła pogratulować
sobie jedynie uzyskania tytułu licencjata, chociaż w dzisiejszych czasach i w
tutejszym kraju nie jest to zbyt wielkim osiągnięciem – właściwie jedynym
osiągnięciem wartym uwagi w etapie życia jakim są studia są „chęci”. I choć
życie nasze nic nie warte – Evviva l’arte! Bardzo ważny margines. Ale do
rzeczy.
Rozglądam się w około –
gratulacje młoda damo, masz 23 lata i posiadasz telefon i laptopa, dobra
materialnie znajdywanie niemalże w każdym gospodarstwie domowym, czyli krótko
mówiąc gówno masz. Mając 18 lat marzyłam, żeby mieć chłopaka, mając lat
dwadzieścia marzyłam, żeby ukończyć studia, mając 23 lata umieram (według kogoś
tam, co stwierdził coś tam, że nie marząc umierasz, chociaż powiem, że
spotkałam się z przykładem ogólno pojętego bytowania bez zbędnych kolorowych
chmurek nad głową). Wracając – mając 23 lata umieram, pozbywając się z umysłu
zbędnych imaginacji na temat chęci posiadania czegokolwiek. To jest mój problem
nocy dzisiejszej, który chciałabym do rana zmienić i słowo daję! – rano o tym
zapomnę. To wszystko sprowadza się do tego, iż chciałabym zostać wreszcie
usłyszana i zauważona, nie mówiąc już o wypełnieniu moich próśb dotyczących
poprawy mojego pasku emocjonalnego, widniejącego nieco poniżej linii biustu,
który, mimo iż zazwyczaj sinusoidalny, utrzymuje się dumnie poniżej społecznej
normy zadowolenia z życia. Stop - tabula rasa enter, dam się wyciszyć na
moment.
Niestety, nadal nic się nie
zmieniło w sposobie spoglądania w lustro. Jestem leniwa – nie wstaje z
budzikiem, znaczy budzę się, ale totalnie nie mogę tego nazwać wstawaniem.
Dopadł mnie koszmar zmarnotrawionego życia, w którym moje „koleżanki” chwalą się
latoroślami, a ja wstawiam na Instagrama kolejne zdjęcie mojej niezbyt
zmęczonej TWARZY, mówiący wszem i wobec „patrzcie, bez pieluch, bez pracy, bez
zmartwień, zabijcie mnie”. Co ja najlepszego narobiłam, zniszczcie tą kolorową
chmurkę, która pojawiła się właśnie nad moją głową. Mama mówi koleżankom, że
jestem śmiertelnie chora na chęć stania się inkubatorem, czasem wydaje mi się,
że jestem tak jakby pośmiewiskiem w tej kwestii. Ale spokojnie, to tylko kaprys
wynikający z posiadania jednakowych chromosomów płci. Wiem dokładnie o co w tym
chodzi, otóż chciałabym wreszcie coś stworzyć, co przetrwałoby trochę dłużej
niż ja na tym świecie, zostawić po sobie jakiś ślad i co z tego, że
niezauważalny dla milionów, ale jednak odcisk nietoperza w Jaskini
Niedźwiedziej też ma jakieś znaczenie.
Chyba życie trochę za bardzo mnie
jednak przyciska. Chociaż może to nie życie, ale jakiś przymus spełnienia
obowiązku społecznego, jakim jest stworzenie rodziny co najmniej 2x2, dla
zachowania dodatniego przyrostu naturalnego. Chciałabym wyrosnąć z tego
poczucia, ale chyba moje heterosomy XX są zaprogramowane tak, by w pewnym
momencie swojego życia pomyśleć o byciu matką polką. Chciałabym być młodsza. I starsza
jednocześnie. Chciałabym być mniej leniwa i chciałabym mniej się przejmować.
Chciałabym zamknąć się we własnych czterech ścianach z butelką półwytrawnego
wina przy łóżku. I – Boże – chciałabym żeby Internet zaczął chodzić, bo spójrz
jakie bzdury tu wypisuje.
Kiedy ja zaczęłam tak strasznie kląć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

