Trochę mnie.

Moje zdjęcie
Nie wierzę w spadające gwiazdy. Ale wierzę w grosik wrzucony w fontannę. Czemu tak? Bo w życiu nic za darmo. https://www.facebook.com/sniez666

niedziela, 1 lutego 2015

Psychosocial

Spytaj jak się czuję.
Czy tabletki przestały mieć negatywny wpływ na moje samopoczucie, czy czuję się pewnie w związku z jutrzejszym egzaminem. Czy już się nie boję nocami, czy mogę zaufać sobie na tyle, by wyjść na balkon i odpalić papierosa. Spytaj się mnie czy wiem, że stąpam po pewnym gruncie. Nie zapomnij zapytać, czy wreszcie przytyłam jak chciałam. I czy wysypiam się nocami. I czy te podkrążone oczy świadczą o tym, że za długo spałam, i czy ten makijaż jest skutkiem poprawy nastroju. Spytaj się też, czy jest mi już ciepło w nogi i czy zdążyłam się dziś uśmiechnąć. Spytaj się też czy koszmary już minęły.
Nie, nie, nie, nie.
Trudno mnie zrozumieć. Mi samej trudno jest czasem. Wiem, że potrzebuję takich słów, jak: kocham cie, tęsknie, możesz na mnie liczyć. I może domyślam się tego, ale o wiele przyjemniej i łatwiej jest w życiu kiedy od czasu do czasu usłyszy się te słowa. I miło jest także usłyszeć przepraszam, miło jest spędzić trochę czasu sam na sam z drugą osobą, chociażby na słuchawce. Chwila tylko dla nas, bym wiedziała, że jesteś mój. Ranią mnie słowa typu "nie potrzebuję cię", bo u mnie jest na odwrót, bardzo mocno Cię potrzebuję i chce, żebyś to wiedział, żebyś to czuł i żebyś był pewien, że stąpasz po pewnym gruncie.
Czuję się tak beznadziejna w związku z moją nerwicą, że zastanawiam się, czy to nie jest granica depresji. Jak tylko znika słońce, zaczyna mi być smutno, każda drobnostka sprawia, że coraz gorzej się czuję. Nie mam sił już walczyć z tym gównem, bo przez to, czuję się jak zbędny element krajobrazu. Chciałabym potrafić zobrazować komuś to uczucie. Usiąść, włączyć wikipedię, czy cokolwiek innego i pokazać: o, to odczuwam, też tak mam, właśnie o to chodzi, a to wszystko przez to.
Ale chyba nie mam osoby, która by to dla mnie zrobiła. Która chciałaby choć przez moment zrozumieć przez co przechodzę, zrozumieć przede wszytskim dlaczego robie tak, a nie inaczej, dlaczego jestem taka jak nie inna.
Gdyby spadła bomba atomowa na Ziemię, a ja byłabym jedyną samotną żyjącą istotą, to chyba nie poczułabym różnicy.

wtorek, 13 stycznia 2015

Stanac na nogi

To chyba już ten czas, kiedy pojawiają się noworoczne przemyślenia, na temat tego co było, i tego, co chciałabym by się zdarzyło.

Rok 2014... Z pewnością lepszy niż jego starszy brat. Mniej katastrof, mniej powodów do płaczu, ale idealnie nie będzie, być nie może, więc starać się będę nie narzekać na to co było. Panta rhei przecież. Robiąc przegląd wszystkiego, co było, do najbardziej nieprzyjemnych chwil mogę zaliczyć akt pierwszy i drugi, ale już akt trzeci był najwspanialszym zakończeniem zapowiadającej się tragedii. Mam więcej szczęścia niż rozumu, często podejmuje złe decyzje, akt pierwszy jest świadkiem koronnym właśnie tych złych decyzji, ale każda kolejna sekunda po akcie trzecim sprawiła, że otworzyłam oczy na to co "mam", czym dane mi jest się cieszyć. Każdy z tych aktów, przypomina mi o Tej osobie, którą tak bardzo wtedy skrzywdziłam. Ale zupełnie zapomniałam o kontrataku, o mojej Matce Karmie, która za to skopała mi dupsko. Dwukrotnie. Przypomniała o sobie w Niedopowiedzenia, ale z mniejszą nutą okrutności. Ale przynajmniej nie mam ochoty się znowu sparzyć.
Finalnym postem roku 2014 była Rzeka, która dała mi nadzieję na to, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. I chyba tak właśnie jest. Chodzę szczęśliwa, czuję się bezgranicznie kochana, na więcej rzeczy się godzę, czy też jestem gotowa. Szkoda tylko, że moje sny przypominają mi o tym, że wszystko co mamy, zbudowane jest na fundamentach z piasku. Ale się nie boję. Po raz drugi.





Spójrz, jaka szczęśliwa jestem.

wtorek, 16 grudnia 2014

Rzeka

Chwilowa stabilizacja w życiu.
Cieszę się, że poukładałam sobie trochę w głowie. Nie martwię się, co będę robić za kilka miesięcy, bo wreszcie mam jakieś wyobrażenie na temat tego wszystkiego. Czuję się z tym mniej beznadziejna, bardziej optymistyczna pod względem mojego "quo vadis?". Czuję się trochę jak w trzeciej klasie gimnazjum, gdzie zmuszono mnie do obrania swojej ścieżki dydaktycznej (tak nawiasem swe poglądy wyrażając: kto to wymyślił by za dzieciaka wybierać co chce się robić w przyszłości, ale... z drugiej strony, jak nie wtedy to... kiedy? mając 30 lat?). Ścieżka ta, moja rzeka powoli dobiega końca, już powoli widzę jej estuarium, chociaż mam wielką nadzieję, że to jednak delta. Potem ogrom czasu zajmie mi przepłynięcie tego cholernie dużego i niespokojnego morza, aż w końcu uda mi się dopłynąć to wymarzonego lądu. Oczywiście jeśli po drodze nie rozdziobią mnie kruki i wrony.


czwartek, 6 listopada 2014

Dom.

Wyobrażam sobie, że jestem w moim własnym mieszkaniu. Kuchnia zdobiona w stylu starowiejskim, bo taki przypomina mi o tym, skąd pochodzę. W wazonie na parapecie stoją piękne słoneczniki, a obok posadzone mam przeróżne przyprawy. Bóg mi świadkiem, że świeże przyprawy dają o wiele lepszy aromat niż te z pudełka. Sypialnia z kolei jest cała biała - biała pościel, białe ściany, białe ogromne poduszki. trochę jak w psychiatryku, ale cała ta biel daje poczucie takiej czystości. Dla kontrastu, jedna ściana pokryta ciemno-brązową bonanzą. Wszystko w sypialni jest drewnem: biało-brązowym drewnem. Żadnej elektroniki, pomijając ukryty kabel od lampki nocnej. Łazienka dla kontrastu jest bardzo nowoczesna. Prysznic z deszczownicą, najlepiej z niskim brodzikiem, zrobiony bezpośrednio na kafelkach. Ogromne lustro oświetlone lampkami ledowymi. Chciałabym mieć jeszcze miejsce na wannę, w której odpoczywać mogłabym godzinami. Kładłabym świeczki na brzegu, brała lampkę wina, włączała radio z nastrojową muzyką. I salon. W rzeczy samej salon ciężko jest mi sobie wyobrazić, nie jest tak stałym pragnieniem jak reszta pomieszczeń, dlatego też na dzień dzisiejszy wygląda on tak: niskie meble, żółte ściany. Żadnych ogromnych, potężnych meblościanek. Minimalistyczność. Na jednej z szafek znajduje się telewizor, niżej leży xbox, dekoder, elektryczny zegarek. Vis a vi telewizora znajduje się stolik do kawy, a na nim półmisek z ciastkami, i wielka szara rogówka, z ogromną ilością poduszek, którą w razie konieczności mogę zamienić na niezwykle duże łóżko dla gości. Jedynym dużym meblem, który znajduje się w tym pomieszczeniu jest regał na książki. Wszystkie książki mojego życia - te, które dostałam w prezencie i te, która sama sobie kupiłam. Czuję więź z tym regałem, jak z dzieckiem, z którego jestem dumna i mam ochotę pokazać całemu światu, ale oddać nikomu.

Wyobrażam sobie, jak wracał do mieszkania, czując to, co czuję teraz. Siadam w salonie, przy rogówce, na podłodze i rozglądam się dookoła. Wokół cisza, żadnej muzyki, żadnych odgłosów. Szybkim ruchem podnoszę się z podłogi, rzucam telefonem o ścianę. Stolik do kawy z impetem ląduje na boku, a ciastka, które na nim leżały, rozsypały się po całym pokoju. W oka mgnieniu z xboxa, dekodera i zegarka, zostają tylko plastikowe części, trudne do ułożenia. Nie wiesz czy to część zegarka, czy może już dekodera, wszystko się perfekcyjnie zmieszało. Książki fruwają po całym pokoju wraz z pierzem z poduszek, których miało być tak dużo. Przez moment tego chaosu wydaje mi się, że słyszę skrzypce. A potem czas się zatrzymuje. Widzę to wszystko, co uczyniłam w ciągu ostatniej minuty, dokładnie. I płaczę, głośno płaczę, ale to ze szczęścia, po raz pierwszy ze szczęścia, bo wreszcie coś poszło po mojej myśli.

wtorek, 28 października 2014

Prawem wilka

Mży na mnie niepokój.
Taplam się w beznadziejności.
Kąpię się w morzu problemów.

Kolejny etap w podążaniu do ukończenia tego, wbrew pozorom, nostalgicznego czasu dążenia ku dorosłości. Nie mam pomysłu co ze sobą zrobić, dlatego też po prostu idę, gdzie mi wygodniej, gdzie droga prostsza, mniej zarośnięta, a mimo wszystko jakaś skomplikowana się wydaje być. Chciałabym stać się posiadaczką defibrylatora życiowego, odrodzić się na nowo, głowę wypełnić zupełnie czymś innym. Brak mi siły i motywacji by wstawać każdego poranka, chciałabym się zamienić problemami z kimś obcym, bo wszystko, co mnie otacza sprowadza się do nieco filozoficznych pytań "co robić, co myśleć". Zazdroszczę innym, sama zupełnie nic nie robiąc. Moje motto życiowe, moja mantra zmieniła treść, stając się posiadaczką całkowicie odmiennej dewizy życiowej. Nie ważne.




"Oddaliłam się od ciepłych ust,
Od ciepłych rąk, bezpiecznych słów.
Oddaliłam tych co kochają mnie jak gdyby ich nie było.
Oddaliłam się w lasy i w mrok.
Drzew przecież mi nie zabiją, nie skrzywdzą nie.

Niech skrywa mnie sosna, dąb, watahy dom w tych drzewach schron.
To wilczy los, to wilczy krąg,
Po nocy jest słonce.

Zapalone zorze sine, budzą w sercu ognie żywe
  Inie zgadniesz gdzie się kryje lasy nie powiedzą nic"

niedziela, 7 września 2014

Rysunek

Najbardziej w rysowaniu fascynuje mnie gumowanie. Uwielbiam poprawiać to, co pięknie przed chwilą spierdoliłam. Może nie do końca tak to jest, bo z ręką na sercu i z głową skierowaną ku niebu, mogę powiedzieć, że wolałabym, by wszystko było wykonane perfekcyjnie. Uwielbiam pociągać gumką i ukrywać błędy, które popełniłam, może świadomie, może nie, nieistotne w tym i innym momencie. Czasem zostaje mały ślad, lekki cień tej pomyłki, ale mam tą świadomość, że wystarczy pobudzić tylko kilka mięśni moich anorektycznie chudych, paskudnych dłoni (ale za to paznokcie mam ładne) by to maskować. Nie lubię, nienawidzę wręcz, patrzeć na drugą stronę rysunku, która wyjawia każdy mój panicznie ukryty błąd. Tam wszystko widać, gumka nic nie ukryje, niestety. Życie. Każdą kreskę, którą starałam się wymazać, każde pociągnięcie ołówka, kredki, czegokolwiek. Dlatego staram się też tam nie patrzeć, bo przypomina mi to o tym, jak bardzo niezdarną, zarówno artystycznie jak i życiowo, osobą jestem. Lubię raz do roku, może nawet dwa, przy braku lepszego zajęcia, sięgnąć po blok techniczny, kilka ołówków i kredki bambino (jeżeli miejsce, tudzież portfel aka hajs pozwoli), raz nawet przydarzyło mi się farbki skombinować, z efektu dość dumna jestem do dziś. Ale wracając do gumki - chciałabym posiadać taką przystosowaną do mojej niefrasobliwej głowy. Z cieniem uśmiechu na twarzy wymazywałabym złe wspomnienia z mojej mózgownicy, która szwankuje od natłoku tego typu wizji dziejów dawnych.
Paliłam przed chwilą czy to było godzinę temu?



sobota, 6 września 2014

Niedopowiedzenia

Często zakrywam usta, gdy mówię o czymś ważnym, o czymś co naprawdę ma znaczenie. Wstydzę się mówić o tym, co mnie boli, co chciałabym zmienić. Popełniam błędy, często się gubię. Za długo pamiętam, za szybko zapominam. Coraz częściej się boję. Nie wymagam, choć wiem, że powinnam. Boję się, że pewnego dnia będę chciała za dużo. Boję się, że znowu zrobię coś nie tak. Boję się, że zostanę źle zrozumiana. Nie lubię rozczarowań, acz jestem chyba do nich przyzwyczajona.

Pamiętam, jak pewnego dnia przyniosłam do domu świadectwo ukończenia, którejś klasy. Oczywiście z paskiem, bo byłam ambitną uczennicą. Zawsze bałam się tego momentu, kiedy Tata wracał z pracy i oglądał je. Czemu? Nigdy nie zostałam pochwalona, "mogło być lepiej" jak mantra, jak pacierz wieczorny. Zastanawiam się jaki to miało wpływ na to, jaka teraz jestem. Na pewno miało to znaczenie dla dzisiejszej mnie. Lubię zakładać, że będzie źle, bo rozczarowania są rzadsze. Chyba coś jest ze mną znowu nie tak. Otwieram kalendarz, zerkam na skierowanie na psychoterapie i marzę, by już się zaczęła.

Prawą ręką kręcę loki, które sobie zrobiłam. Patrzę na rajstopy i spódniczkę, którą miałam założoną. Na lewej ręce zauważam ślady czerwonej szminki, która jeszcze niedawno była na ustach. Otwieram kolejną paczkę papierosów, odkładam zimną już kawę.
To chyba zły dzień, kiedy zaczynasz go papierosem i kawą i tak samo kończysz.



"Myląc brak słów z całkowitym zrozumieniem
Mijam Cię zazwyczaj w drzwiach, chyba patrzysz prosto w ziemię
Chowasz głowę w piach, to strach przed porzuceniem
Mówisz coś, że to nie tak, że Tobie brak jest czegoś, czego nie wiem
Rozmawiamy rzadziej, częściej to milczenie
Wreszcie krzyczysz coś o niczym, co naprawdę ma znaczenie"