Cały ten stres, który jak dotąd przeżyłam, każdy najmniejszy: jak w wieku 6 lat wzięłam złotówkę z pralki, jak całowałam się pierwszy raz, jak nadużyłam alkoholu i czekała mnie rozmowa z rodzicami, gdy spałam na dworcu, gdy jechałam pierwszy raz pociągiem sama. Gdy odbywałam moją pierwszą w życiu rozmowę kwalifikacyjną. Jak zdawałam testy szóstoklasisty, gimnazjalne, maturę. Każdy pojedynczy egzamin czy kolejną poprawkę na studiach. Gdy zdecydowałam się powiedzieć rodzicom, że rzucam studia. Jak mówiłam komuś, że mi zależy i jak przyszło mi rozstawać się z kimś ważnym dla mnie. Żaden stres, żadne pojedyncze czy grupa uczuć nie porównywała się z tym, jakie dane mi jest odczuć teraz.
I chociaż już teoretycznie przesądzone jest jak być będzie i nawet jakaś beznadziejna nadzieja się mnie nie trzyma, mam tą świadomość, że będę musiała trzymać to wszystko jakoś w kupie, ukrywać się, uśmiechać i mówiąc udawać, ze wierzę, iż będzie dobrze.
"Tomorrow's getting harder make no mistake."
Kiedy to wszystko się aż tak zjebało?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz