Trochę mnie.

Moje zdjęcie
Nie wierzę w spadające gwiazdy. Ale wierzę w grosik wrzucony w fontannę. Czemu tak? Bo w życiu nic za darmo. https://www.facebook.com/sniez666

sobota, 13 lipca 2024

Wesele

 Kto by pomyślał, że 11 lat to wciąż niewystarczająco, by rany się zabliźniły. Pozwól, że coś Ci wytłumaczę. 

Moment, w którym tracisz bliskiego Ci człowieka, nie jest momentem, w którym… go tracisz, ale momentem, w którym zaczyna Ci go brakować. 

Jak na całkiem niezłej imprezie weselnej, na której nie ma tej jednej osoby, bo akurat się rozchorowała. Rozpoczęcie ceremonii trwa rok. Przez ten rok, starasz się wyszukać w tłumie tej nieobecnej osoby. Rozglądasz się, obracasz, chcesz zapytać, czy też czuje te emocje, to „napięcie”, narasta panika, bo jednak nigdzie nie dostrzegasz tej twarzy. Po rozpoczęciu, następuje przejście na salę. Niby już wiesz, że tej osoby nie ma, wytrwałeś całą ceremonię upewniając się, że nie ma bata by się pojawiła. Ale masz nadzieję, że zaraz wjedzie z przytupem na salę, mówiąc, że już jest wszystko okej, już czuję się dobrze i ty też się tak poczujesz. Świadomość mówi co innego, ale nie chcesz tego faktu dopuścić. Impreza trwa w najlepsze, zerkasz na ludzi bawiących się, ale nie za bardzo chcesz w tym uczestniczyć. No jasne, że dasz się wyrwać do jakiegoś tańca, nie chcesz przecież wyjść na buca. Czasem się zapominasz i jest to zabawa pełną parą. Później nadchodzi czas na tort. Patrzysz na ten majstersztyk, a na nim masą cukrową napisane jego imię, i taka niemoc Cię ogarnia, bo chcesz, by ta osoba też to zobaczyła. I żal Cię ściska, bo tego też nie zobaczy. I nic więcej, nic dalej też. Żadnych oczepin, wspólnych zdjęć, konkursów. Niczego z tej imprezy już nie zobaczy. 

I tak trwa to wesele, już 11 lat, a ile w tym weselu wesołości, to Ci nie powiem, bo zamiast wagi jubilerskiej, mam tą zwykłą. 

I broń Bogowie, nie chce, by to wesele się skończyło, ale chciałabym zapomnieć o braku Twojej obecności. Nie o Tobie, ale o braku Ciebie. 

Toast.

Za tych, których już nie ma. 

I (choć nigdy nie powiesz tego głośno) już nigdy nie będzie. 

wtorek, 13 lutego 2024

Kiedy liście okryją śnieg.

 Widzę jak na dłoni, bo na dłoni je trzymam, dwie wersje życia.

Patrzę na lewą dłoń, uśmiecham się serdecznie. Patrzę na płatek śniegu. Widzę, jak w niego wpisana jest beztroska. Swoboda. Czytam na nim o niepohamowanym śmiechu, o spokojnej głowie, o myślach, które tylko tu i tylko teraz. 

I w tym płatku śniegu wpisane jest lato. Ta nostalgiczna chwila nad jeziorem, kiedy drzewa spokojnie poruszają się do wiatru, woda lekko trąca pomost, a na jej tafli odbija się ta jedna chmura. I baza na starej brzozie. I ukradzione jabłka. I podróż rowerem o czwartej nad ranem, powrót w ukropie w samo południe, bańki puszczane na przejedzie kolejowym.

Patrzę na dłoń prawą, lekko unoszę jedną brew, głowę przechylam na bok. Patrzę na nieco zwiędły liść. Widzę jak wypisany na nim jest strach. Wieczny lęk. Czytam na nim o powracającej panice, o głowie pełnej złych scenariuszy wraz z apteczką ratunkową na nagle się ich spełnienie.

I w tym liściu wpisana jest zima. Ta zima, kiedy lód stopnieje, pojawia się deszcz zalewający piwnicę. Kiedy jesteś zły na słońce, że nie zostało dłużej. Kiedy siedzisz na peronie i nie masz odwagi wsiąść do pociągu. Kiedy uświadamiasz sobie, że nie pamiętasz nic z ostatnich miesięcy. Kiedy uciekasz w książki, żeby nie być tu i teraz, bo tu i teraz dobrze nie jest.

Przeklinam prawą rękę, że miała czelność kiedykolwiek się wyłonić zza pleców. I lewą rękę też przeklinam, że miała czelność pokazać mi swoje dobro. Trzeciej dłoni nie mam. Wyciągniesz do mnie swoją?