Trochę mnie.

Moje zdjęcie
Nie wierzę w spadające gwiazdy. Ale wierzę w grosik wrzucony w fontannę. Czemu tak? Bo w życiu nic za darmo. https://www.facebook.com/sniez666

piątek, 4 marca 2016

Ugly Boy

Jeśli przeanalizować wszystkie znaki, które stawiano przede mną ostatniego tygodnia to... Tak, mogłaś się tego spodziewać. Zadzwoniła do mnie "jedyna Twoja przyjaciółka", chwaląc się, że znalazła w szafie ze skarpetkami jej partnera pierścionek zaręczynowy.
I tak oto spędziłam tydzień wisząc z nią na telefonie i słuchając jaka to jest szczęśliwa, jak to jej marzenia się spełniają i jaki to świat jest wspaniały. Dla mnie świat się nie zmienił, jedna osoba szczęśliwsza po ziemi chodziła. Fajnie.
Pewnego razu Mama wzięła mnie na rozmowę. "Weź się ogarnij dziewczyno, bo nie chce się ciebie słuchać" - powiedziała, a ja zrobiłam moją ulubioną i najczęstszą minę w stylu "o co ci znowu chodzi kobieto". Wyskoczyła z tym jak Filip z konopi, jak żołnierz z okopu, jak chomik z kołowrotka. Wtedy też dowiedziałam się, że widać na mojej twarzy zazdrość niczym ten tatuaż z nadgarstka. Choćbym miała długi rękaw, to i tak wystaje. Zrozumiałam

Nieważne.
Jestem zaręczona.
Jestem szczęśliwa.



czwartek, 4 lutego 2016

Bitwa heterosomów z wiatrakami.

           Nie mam pojęcia, co za banał z tego wyjdzie, gdyż tak długo tego nie robiłam. Przejrzawszy, jaką infantylną pizdą byłam dawniej, uświadomiłam sobie także, że całkiem nieźle wychodziło mi wyrażanie siebie. Oczywiście nikt inny nie pojmie tego w taki sposób jaki ja rozumiem to, co ukrywa się pośród tych bazgrołów pisanych Calibri 11 (zdecydowanie wolę bardziej).  Wycofując się ze zbędnego wyrzygiwania słów na elektroniczną kartkę na temat znaczenia czcionki w dzisiejszym świecie, chciałabym również zauważyć, iż, prosto mówiąc, z pizdy zmieniłam się w jeszcze większą pizdę. Brawo ja, kwiatów nie rzucajcie, wolę półwytrawne wino, nie macie pojęcia, ile bym dała by o tej dumnej pierwszej w nocy takowe przy łóżku posiadać. W gruncie rzeczy, i to wcale nie w jakiejś marnej gytii, ale w urodziwym torfie wysokim, coś musi być ze mną nie tak, skoro powtarzam się jak katarynka na głośnych jarmarkach, ale rezultaty z mojego pieprzenia ulegają deformacji w każdej możliwej przestrzeni. I w czasie. I ogólnie w formacie 5D, gdzie każdy jeden element ulega samoistnemu rozpieprzeniu. Jak kolor biały rozpieprza się pod pryzmatem na inne kolory. Lada moment, na mój licznik wskoczy ćwierćwiecze, a ja będę mogła pogratulować sobie jedynie uzyskania tytułu licencjata, chociaż w dzisiejszych czasach i w tutejszym kraju nie jest to zbyt wielkim osiągnięciem – właściwie jedynym osiągnięciem wartym uwagi w etapie życia jakim są studia są „chęci”. I choć życie nasze nic nie warte – Evviva l’arte! Bardzo ważny margines. Ale do rzeczy.
Rozglądam się w około – gratulacje młoda damo, masz 23 lata i posiadasz telefon i laptopa, dobra materialnie znajdywanie niemalże w każdym gospodarstwie domowym, czyli krótko mówiąc gówno masz. Mając 18 lat marzyłam, żeby mieć chłopaka, mając lat dwadzieścia marzyłam, żeby ukończyć studia, mając 23 lata umieram (według kogoś tam, co stwierdził coś tam, że nie marząc umierasz, chociaż powiem, że spotkałam się z przykładem ogólno pojętego bytowania bez zbędnych kolorowych chmurek nad głową). Wracając – mając 23 lata umieram, pozbywając się z umysłu zbędnych imaginacji na temat chęci posiadania czegokolwiek. To jest mój problem nocy dzisiejszej, który chciałabym do rana zmienić i słowo daję! – rano o tym zapomnę. To wszystko sprowadza się do tego, iż chciałabym zostać wreszcie usłyszana i zauważona, nie mówiąc już o wypełnieniu moich próśb dotyczących poprawy mojego pasku emocjonalnego, widniejącego nieco poniżej linii biustu, który, mimo iż zazwyczaj sinusoidalny, utrzymuje się dumnie poniżej społecznej normy zadowolenia z życia. Stop - tabula rasa enter, dam się wyciszyć na moment.
Niestety, nadal nic się nie zmieniło w sposobie spoglądania w lustro. Jestem leniwa – nie wstaje z budzikiem, znaczy budzę się, ale totalnie nie mogę tego nazwać wstawaniem. Dopadł mnie koszmar zmarnotrawionego życia, w którym moje „koleżanki” chwalą się latoroślami, a ja wstawiam na Instagrama kolejne zdjęcie mojej niezbyt zmęczonej TWARZY, mówiący wszem i wobec „patrzcie, bez pieluch, bez pracy, bez zmartwień, zabijcie mnie”. Co ja najlepszego narobiłam, zniszczcie tą kolorową chmurkę, która pojawiła się właśnie nad moją głową. Mama mówi koleżankom, że jestem śmiertelnie chora na chęć stania się inkubatorem, czasem wydaje mi się, że jestem tak jakby pośmiewiskiem w tej kwestii. Ale spokojnie, to tylko kaprys wynikający z posiadania jednakowych chromosomów płci. Wiem dokładnie o co w tym chodzi, otóż chciałabym wreszcie coś stworzyć, co przetrwałoby trochę dłużej niż ja na tym świecie, zostawić po sobie jakiś ślad i co z tego, że niezauważalny dla milionów, ale jednak odcisk nietoperza w Jaskini Niedźwiedziej też ma jakieś znaczenie.
Chyba życie trochę za bardzo mnie jednak przyciska. Chociaż może to nie życie, ale jakiś przymus spełnienia obowiązku społecznego, jakim jest stworzenie rodziny co najmniej 2x2, dla zachowania dodatniego przyrostu naturalnego. Chciałabym wyrosnąć z tego poczucia, ale chyba moje heterosomy XX są zaprogramowane tak, by w pewnym momencie swojego życia pomyśleć o byciu matką polką.  Chciałabym być młodsza. I starsza jednocześnie. Chciałabym być mniej leniwa i chciałabym mniej się przejmować. Chciałabym zamknąć się we własnych czterech ścianach z butelką półwytrawnego wina przy łóżku. I – Boże – chciałabym żeby Internet zaczął chodzić, bo spójrz jakie bzdury tu wypisuje.
Kiedy ja zaczęłam tak strasznie kląć?

czwartek, 24 września 2015

Dlaczego drzewa nic nie mówią

Patrzę już pół godziny w ten punkt. Nic się nie zmienia, wszystko tutaj jest constans. Jak niby nigdy nic. Ale za chwilę się to zmieni, ja to zmienię, już zmieniam.
Usłyszałam niedawno od nowo poznanej osoby makabryczną prawdę. Siedzieliśmy na przeciwko siebie, z początku nawet można było to nazwać konwersacją, a później to on mówił, a ja nie potrafiłam nawet spojrzeć mu w twarz. Zabrał mi zdolność do wypowiadania się, bo wszystko, co do tamtej pory powiedziałam było fałszywe i on to wiedział. Cholera jasna, tak bardzo mnie przejrzał. Widział, jak krążę w koło tematu, starając się mówić o niczym, bo wszystkiego nigdy nie potrafiłam powiedzieć. Nakazał mi nauczyć się mówić, od początku, jak niemowlę, bo zapomniałam jak to jest mówić naprawdę. W ciągu jednej godziny uświadomił mi jak bardzo skryta jestem. Jak bardzo niepewna. Kazał mi mówić o czymś, czego nie znoszę, co ukrywam. Kazał mi mówić o sobie. Nie o innych. Tak bardzo źle się czuję z myśleniem o sobie. Dawno tego nie robiłam. Tak wiele dowiedziałam się o własnej osobie, że przez moment nie wiedziałam kim naprawdę jestem, jak źle o sobie myślę.
I stało się jasne, co źle zrobiłam.
Nie mówiłam wszystkiego.

Minął tydzień. Tydzień od kiedy nic mi nie pomaga w funkcjonowaniu. Nie mam pojęcia czy dam radę tak już do końca, ale staram się. Nie chcę już wracać do sięgania co rano po tabletki. Naprawdę się staram. Jest trochę tak, jakbym cofnęła się w czasie o dwa lata. Chociaż może cofam się o 22 lata. Z tą myślą akurat wszystko jest w porządku. Ale na koniec każda z myśli schodzi ku jednemu.


czwartek, 6 sierpnia 2015

Walk

Chyba tego potrzebowałam. Zatrzymać się w jednym miejscu i odpocząć chwilę. Oddać się bez istotnej frekwencji życiowej. Chodzę do pracy, czytam książki i umawiam się. Nic innego nie wychodzi poza mój grafik. To bardzo miła odmiana po trzech latach ciągłego siedzenia w książkach i przed laptopem. Mam niewiele czasu na te czynności.
Poza tym nauczyłam się dbać o siebie, w sensie takim, że nie pozwalam innym robić ze mną co chcą. Moje życie, tak je sobie zaplanowałam i tak je przeżyję. Szczytem by było napisanie, że "nikt za mnie tego nie zrobi", ale nie jestem już durną nastolatką wrzucającą ckliwe cytaty w opisie gadu-gadu. Chociaż miło wspominam te czasy. Epuls, gadu-gadu. Dalej już nie, dalej już weszła moda na cyfryzację znajomości, cyfryzację uczuć, cyfryzacje wszystkiego. Wydaje mi się, że może zagubiłam się przez chwilę w tym i jeśli czegoś z tym nie zrobię, to tu utkwię.

"Muszę zwolnić, muszę otrząsnąć się z tej euforii
Muszę poświęcić tylko chwilę, żeby pozbierać myśli
Bo jeśli nie pójdę dalej, dam się w to wciągnąć
I spadnę na samo dno

Odwracając głowę i zamykając oczy
Nie ma znaczenia czy mam rację czy nie
Bo jeśli nie pójdę, nie mogę nawet posiedzieć bezczynnie
I spadnę na samo dno"

czwartek, 18 czerwca 2015

Girl from the North Country

Jestem dumna - nie w takim sensie, w jakim to brzmi, wręcz przeciwnie, w sensie tym złym. Jestem zbyt dumna by cokolwiek zrobić, jestem zbyt dumna, by do wielu rzeczy się przyznać. A może do tej jednej jedynej rzeczy przyznać się wreszcie powinnam? Nie sądzę, by to w jakimś stopniu odmieniło moje życie, ale przecież gorzej nie będzie. Co nie znaczy, że już jest paskudnie. Nie, raczej jest w miarę znośnie w moim życiu. Tendencja wzrostowa raczej. Sinusoida wzbija się nad oś X. Kumulacja przypada na obronę. Ojej, chyba mam widoki na coś lepszego. Tak, tak by mogło wreszcie być. Plany. Całe mnóstwo planów. Głowę sobie zaprzątam niepotrzebnie. I na kiepskie książki ostatnio trafiam. Colleen Hoover wypaliła się na beznadziejne, aczkolwiek dam jej trzecią szansę. Nie lubię bzdurnych historyjek. Bzdurne historyjki są najgorsze. Nie lubię naciąganych i mało prawdopodobnych historii. Lubie historie, w których sama potrafię się odnaleźć, ale też i znaleźć. No właśnie. Nie lubie bzdurnych historyjek, a ostatnio chyba taką na śniadanie zjadłam, wmawiając mi, że to pełnowartościowe płatki śniadaniowe. Jestem dumna i głupia.


"Więc jeśli zmierzasz w dół do pięknego kraju północy,
Gdzie zimny wiatr omiata granice
Wspomnij mnie tej, która tam żyje,
Bo kiedyś była..."
Czym była?


wtorek, 2 czerwca 2015

Nie będziem płakać

Pudełko czekoladek. Nie. Kalejdoskop. Też nie. Hm. Sinusoida! Tak, sinusoida. Moje życie jest pieprzoną sinusoidą. Góra, dół, góra, dół, góra, dół, góra i znowu dół. Wszystko zmieniło się o 180 stopni. Chociaż jedno pozostaje niezmienne - nadal rezygnuję z magistra. Chociaż mam jeszcze miesiąc do zastanowienia się i w ciągu tego czasu znowu moje życie może zmienić trajektorię. Ale mam dość bawienia się w studenckie życie, z którego i tak nic nie wykorzystam w przyszłości. Nie oszukuję się, że mgr przed nazwiskiem jest mi niezmiernie potrzebne do znalezienia pracy. Przecież dużo mogę osiągnąć bez tego tytułu. Żyjemy w kraju, gdzie wykształcenie wyższe w gruncie rzeczy nic nie znaczy, a czasem wręcz jest utrudnieniem. 70% ludzi w Polsce kierowało się drogą liceum/technikum-studia, a jedynie 20% obrało kierunek zawodówka. I wiecie co? Mniejszość wygrywa.
 Mam już trochę poukładane w głowie co chcę robić w ciągu najbliższego roku i zamierzam te plany zrealizować. Jutro okaże się czy 1/4 tego planu powiedzie się, czy też będę myśleć nad zastąpieniem tego inną rzeczą potrzebną do samorealizacji. Praca. Tylko to mi teraz w głowie, bo jednak nie patrzeć jest to przymusowe w naszych czasach.


"Nie będzie nam płakać i drżeć
Ani ukradkiem wycierać nos
Nie będzie nam upijać się
Ani tabletek łykać na sen"

środa, 15 kwietnia 2015

Ma durga

Nie było mnie tu dawno, a świadczy to przede wszystkim o tym, że nad wyraz wszystko u mnie w porządku. Mniej więcej w porządku.
Moja kariera w Trójmieście powoli dobiega końca, ale raczej mnie to cieszy niż smuci. Licencjat jak żelazko, już rozgrzane i gotowe to pracy. Początek lipca będzie zwieńczeniem trzyletniej katorgi związanej z kolokwiami, prezentacjami, esejami i wreszcie egzaminami. Kazdy jeden rok przeżyłam inaczej - od pierwszego, pełnego wypadów na Monciak i nie-wiadomo-co-wyprawiania, po rok drugi, spędzony na oddaniu sie w całości żałosnej i smutnej egzystencji po śmierci Taty, aż po rok trzeci, polegający na "byle-do". Byle do piętnastej, byle do piątku, byle do końca semestru. Byle przerwać, byle się nie poddać przed metą.
Cieszę się na nowe plany życiowe, związane z przeprowadzką do miejsca dzieciństwa. Bo gdzie - jak nie tam - będę czuła się najbezpieczniej. Wiem, że ta decyzja będzie chyba najpoważniejszą ze wszystkich - tak, bardziej poważną niż wybór studiów, który nota bene uważam za bezsensowny (liceum z resztą też, patrząc z perspektywy czasu). Skończy się ściemnianie, wieczne uciekanie przed dorosłością, do której teraz szaleńczo gonię. Oczywiście ciężko mi będzie zerwać raz na zawsze z jedną toksyczną substancją w moim życiu, która blokuje mi drogę do wyzbycia się złych emocji, ale będzie lepiej z dala od miejskiego smogu, na który nabrałam w ciągu ostatnich lat alergii.
Poza tym w kwestii uczuciowej, pływam na kwiecie lotosu, w bezwietrzny dzień, w blasku wschodzącego słońca, na tafli spokojnego oceanu, bla, bla, bla, kocham i jestem kochana. Tego jestem przecież pewna.